Księżyc tuż nad Warszawą

Wojciech Kaliszewski

Tytuł najnowszej powieści Wojciecha Chmielewskiego, Księżyc ma zapach Warszawy – być może zaskakujący czytelnika w pierwszej chwili futurystyczną semantyką – ostatecznie okazuje się niezwykle realistyczny, ściśle bowiem przylega nie tylko do świata fabularnego, ale także do rzeczywistości, którą autor chciał przedstawić. A przedstawił ją w dwóch perspektywach, dwóch czasach: przeszłym i przyszłym.  

Czas teraźniejszy nie jest w powieści zaznaczony, jest czasem czytelnika, należy do świata jego pamięci, świadomości i doświadczenia. I właśnie suma tych doświadczeń, decydująca o współczesnych postawach i wyborach moralnych, o stosunku do rzeczywistości, stanowi najważniejszy klucz do całej powieści. Przeczytać ją dzisiaj, to znaczy odnieść do siebie, zadać sobie pytanie o własny moralny i polityczny osąd świata, w którym żyję, nie bać się szukać przyczyn, nie odwracać się od źródeł, które dały początek obecnej rzeczywistości. A z drugiej strony nie jest to książka ściśle pokoleniowa, ograniczona cezurą realnych doświadczeń i przeżyć. Chmielewski, sięgając do konkretnego historycznego czasu, potrafił swojej fabule nadać wymiar paraboliczny, gotowy służyć człowiekowi w rożnych chwilach i okolicznościach.

Przeszłość, która otwiera się przed czytelnikiem, nie jest czasem tak bardzo odległym od naszego dzisiaj”. To przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku. To próg dekady, która niosła nadzieję na przywrócenie pełnej wolności w Polsce po czasach komunistycznego zniewolenia i upokorzenia. Takie było przesłanie tamtej chwili, ale codzienność wyglądała zupełnie inaczej. Rozpad spróchniałego systemu władzy objawił się pięknymi hasłami odbudowy państwa, ustaleniami Okrągłego Stołu i kompletnym chaosem polityczno-gospodarczym. Panowała korupcja, rodziły się nowe fortuny i zarazem powiększał się obszar nędzy. Paradoksy, kontrasty i sprzeczności pojawiały się na każdym kroku. Przyszłość rysowała się niejasno, o prawach, zasadach i moralności politycznej nie było mowy. Ci, którzy obejmowali w chwili przełomu ministerstwa i wysokie państwowe urzędy, okazywali się zakładnikami dawnego systemu. Słynne „teczki i haki były walutą polityczną w grze o władzę. Nikt nie wiedział, w jakim kierunku potoczy się ten stary-nowy układ polityczno-państwowy. Jedni chcieli lustracji i dostępu do archiwów, inni byli przeciwnikami ujawniania prawdy o niedawnej przeszłości. Nikt nie wiedział, kto jest kim. Nie wiedzieli tego także bohaterowie książki, grupa kilkorga studentów wydziału historii Uniwersytetu Warszawskiego. To z jego dziedzińca, sprzed gmachu biblioteki, sprzed wydziału, ze skarpy za Pałacem Kazimierzowskim, znad pobliskiej Wisły i z kilku zadymionych sal okolicznych barów i knajp patrzą na ten nowy świat”, próbując odkryć w nim jakieś przewidywalne zasady i przede wszystkim starając się wybrać dla siebie jakieś miejsce w niepewnej i niestabilnej rzeczywistości, z którą zderzają się codziennie w zatłoczonych autobusach, sklepach, na bazarach i na uczelni.

Jacek, Janek, Bronek, Bogdan, Tosia i Bożena spotykają się na wykładach, seminariach i ćwiczeniach. Studiują, uczą się warsztatu historyka, badają źródła, spędzają długie godziny w lektorium. Ale także piją. Alkohol towarzyszy im wszędzie, od rana do wieczora, na uczelni i poza nią, na objazdach naukowych i wieczornych spotkaniach. Ci młodzi ludzie mają wyostrzony słuch i wzrok, ale nie mają złudzeń. Z dnia na dzień ich krytyczny rozum coraz śmielej demaskuje fikcyjną rzeczywistość. Wybrali historię jako przedmiot studiów chyba nieprzypadkowo. Każde z nich kierowało się wewnętrzną potrzebą odsłaniania prawdy, działania jawnego, zgodnego z zasadami dobra wspólnego. Czy to była tylko młodzieńcza naiwność? Czy może romantyczny idealizm przeniesiony z kart wcześniejszych lektur, z barwnych obrazów przedstawiających dzieje dawnej Rzeczypospolitej? Czy może właściwa dla wieku zwykła potrzeba buntu? Na pewno kierował nimi nie jeden, a wiele impulsów. Wojciech Chmielewski znakomicie uchwycił te wewnętrzne napięcia i rozterki, doskonale wydobył to, co myśleli, i zapisał w pełnej wersji to, jak wyrażali swoje emocje. Zwięzłe, trochę jak przysłowia, pełne ironii i sarkazmu zdania brzmią autentycznie, są realnymi cytatami wyjętymi z języka tamtego czasu: Komunę trzeba wyplenić do końca jak chwast, a wódkę należy pić do dna, do końca flaszki. No nie jest tak?”. Celuje w tych bon motachJacek, najinteligentniejszy z całej grupy, doskonały obserwator świata i ludzi, ale wiecznie chodzący na kacu i sięgający po kolejną butelkę piwa.

Jest jeszcze drugi wątek opowieści Chmielewskiego. Prowadzony ponad światem początku lat 90. To wątek sięgający w daleką przyszłość, trzysta lat później. Fantastyczny lub może lepiej tragiczno-fantastyczny obraz świata orwellowskiego, w którym nie ma już Polski, nie ma innych państw. Świat jest po strasznej wojnie, z której wyłoniły się dwa supermocarstwa. Jedno z nich to gigantyczna Rosja, która wchłonęła dawną Polskę. W tym świecie Nadia, mieszkanka nowej, ale jakby starej Warszawy, historyczka, bada przez Chińskie Okulary przeszłość, poznaje świat z przełomu lat 80. i 90. XX wieku, świat Jacka i jego kolegów. Ta antyutopijna część, w której po zakupy lata się na Księżyc, jest wizją ostatecznego upadku i zniewolenia rodzaju ludzkiego. Ta część ma sens paraboliczny, ale świat Jacka jest jak najbardziej realny, wyjęty z naszej rzeczywistości. 

Książka Wojciecha Chmielewskiego jest powieścią realistyczną i zarazem fantastyczną, ale przede wszystkim jest powieścią polityczną, trzymającą w napięciu, doskonale napisaną i zmuszającą czytelnika do – co dziś już jest rzadkością – rzetelnego, polityczno-moralnego rachunku sumienia.