Książki powinny cieszyć i zmieniać świat
Z Agatą Romaniuk rozmawia Tomasz Kłusek
Zacznę od pytania, od którego zazwyczaj rozpoczynam rozmowy z pisarzami i pisarkami. Chciałbym, abyśmy skupili się dzisiaj na pani pisarstwie dla dzieci. Dlatego proszę opowiedzieć o swoich fascynacjach literackich z czasów dzieciństwa.
W dzieciństwie kochałam przede wszystkim książki Tove Jansson i Astrid Lindgren. Ważną postacią była dla mnie Fizia Pończoszanka, bo tak właśnie wtedy tłumaczono historię o Pippi Langstrumpf. Szczególnie istotne były jej niezależność, siła i pomysłowość. Na końcu pierwszego tomu Pippi pyta Tommy’ego i Annikę: Kim chcielibyście zostać, jak dorośniecie? Bo ja piratką! To nie jest wizerunek typowej, grzecznej dziewczynki. I bohaterowie literaccy, którzy fascynowali mnie w dzieciństwie, też raczej nie byli grzeczni. To był Tomek Sawyer, to był Tomek z powieści Alfreda Szklarskiego, podróżnicy, buntownicy, królowie i królowe wyobraźni.
Może jest jakaś książka z tamtych lat, do której często pani powraca?
Z tamtych lat chyba najczęściej właśnie wracam do Pippi Langstrumpf, ale też do Muminków, które czytam teraz jako dorosła osoba zupełnie inaczej i doceniam ich chmurny, ponury urok, nostalgię oraz spójność świata, które stworzyła Tove Jansson. I który wcale nie jest infantylny. Nie jest pełny wyłącznie dobrych zakończeń albo radosnych i beztroskich bohaterów.
Henryk Bereza mówił niegdyś o wielkim znaczeniu czegoś, co określał mianem „ziemi pisarza”. Czy zgodzi się pani z konstatacją, że dla pani jest tą „ziemią pisarza” przede wszystkim Cieszyn?
Nie, nie zgodzę się. Cieszyn jest niewątpliwie w rozumieniu Berezy moją macierzą, jeśli chodzi o serię o Kociej Szajce. To jednak jest tylko część mojej twórczości. Nawet tylko część mojego pisania dla dzieci. Napisałam ponad dwadzieścia książek, z czego rzeczywiście dziesięć to opowieści o Kociej Szajki. W tym sensie ten Cieszyn jest takim ikonicznym małym miasteczkiem, trochę moim Macondo (fikcyjna miejscowość z utworów Gabriela Garcii Marqueza) czy Wisłą Jerzego Pilcha. I to właśnie tam – w Cieszynie – rozgrywa się akcja Kociej Szajki. Ale moje życie rozpięte jest w tej chwili przede wszystkim między Warszawą a Szczecinem. A w ogóle urodziłam się w Warszawie i to tutaj mieszkam. Właściwie takim miejscem, od którego zaczynam myślenie o pisaniu, o bohaterach, jest Żoliborz. Chociaż napisałam tylko jedną książkę, a dokładnie powieść Proste równoległe, której akcja toczy się częściowo na Żoliborzu. Ponieważ w moim pisaniu wyszłam od reportażu, to tą ziemią są miejsca czy światy ważne dla moich bohaterów. I też tak myślę o pisaniu fikcji: zaczynam od miejsca, z którego bohater czy bohaterka wyruszają w swoją drogę przemiany, a nie od miejsca, z którym ja byłam czy jestem związana jako osoba prywatna. Kiedy i w jakich okolicznościach spotkała pani gdzieś na cieszyńskich ulicach Kocią Szajkę? Zdarzyło się rzeczywiście, że przy Studni Trzech Braci na starym mieście widziałam kilka kotów, kiedy przyjechałam do Cieszyna po trzydziestu latach nieobecności. Pomyślałam sobie, a pisałam już wtedy tę historię, że kryjówka Kociej Szajki powinna się znaleźć właśnie tam – przy Studni Trzech Braci. Od tego czasu, a było to prawie pięć lat temu, dużo się zmieniło i Kocia Szajka ma wiele swoich śladów i artefaktów w tym mieście. Są dwa murale, jest też na budynkach trasa cieni kocich, które można znajdować i zbierać za pomocą interaktywnej aplikacji do gry miejskiej. W przyszłości będzie też – mam nadzieję – rondo imienia Kociej Szajki. Więc tych fizycznych śladów kotów jest bardzo dużo i często dzieci, poruszając się po mieście śladami książki, starają się je odszukać. A jak zobaczą czarnego kota, to wołają z daleka: „Bronka od Cieślarów!”. I być może mają rację. Bo przecież takich kotów wolno żyjących w Cieszynie jest sporo.
Pomysł na „ukryminalnienie” cieszyńskich kocurów okazał się znakomity. W bardzo krótkim czasie osiągnęła pani sukces czytelniczy, już w tej chwili jest pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych autorek książek dla dzieci. Myślę, że lubi pani nie tylko koty, ale i kryminały. Jakich autorów książek detektywistycznych ceni pani najbardziej?
Nie, nie lubię kryminałów. To przypadek, że Kocia Szajka jest historią kryminalną. Mogła być równie dobrze historią podróżniczą czy łotrzykowską. Tak się akurat złożyło, że w serii bajek improwizowanych, które opowiadałam dzieciom w czasie pandemii, jedna z tych kilkuset bajek akurat była historią kryminalną. Kiedy wydawnictwo Agora dla Dzieci zwróciło się do mnie z prośbą o przedstawienie propozycji wydawniczej, zaproponowałam ich kilka. W jednej z nich była opowieść kryminalna o kotach, ale z mojego punktu widzenia bardziej chodziło o koty niż o kryminał. Ale ponieważ serie kryminalne dla dzieci cieszą się dużą popularnością, wydawnictwo uznało, że na to postawimy. Ja sama kryminałów raczej nie czytam, a jeśli już, to bardzo klasyczne: Raymonda Chandlera czy Agathę Christie. Niespecjalnie po drodze mi z czytanymi zresztą przeze mnie od czasu do czasu kryminałami skandynawskimi. Polskich autorów znam. Powiedziałabym, z zawodowej powinności, ale nie rozczytuję się w ich prozie.
Z wykształcenia jest pani socjolożką i to z doktorskim tytułem IFiS PAN. Poza tym absolwentką Polskiej Szkoły Reportażu. Te reportażowe koneksje widać w całej Kociej Szajce. Nie zauważą być może tego młodzi czytelnicy, ale już na pewno ci nieco starsi. Dlatego proszę o refleksję o tej działalności, a szczególnie o projekcie „Światła Małego Miasta”.
W pewnym sensie narzędzia czy warsztat reporterski przydają mi się także w pisaniu fikcji. Choćby po to, żeby zwracać uwagę na szczegóły. Żeby moc trafnie oddawać koloryt lokalny, charakterystykę bohaterów, uchwycić specyfikę języka, zwyczajów czy elementów dziedzictwa albo kultury materialnej. W tym też sensie Kocia Szajka – chociaż opowiada o kotach, które mówią ludzkim językiem i są detektywami – jest historią czy raczej serią hiperrealistyczną. To znaczy, że dziewięćdziesiąt pięć procent miejsc opisanych w tych książkach naprawdę istnieje. One wyglądają właśnie tak, jak są opisane. W Cieszynie można kupić kanapki ze śledziem, w Szczecinie można zobaczyć dźwigozaury, a toruńskie pierniczki to naprawdę flisaczki albo katarzynki. Bardzo zależy mi na tym, żeby pokazywać w moich książkach dzieciom świat realistyczny, ale trochę zaczarowany. Chcę uniknąć takiego eskapizmu, który jest popularny szczególnie w literaturze fantasy, od której dzieci wracają, często niechętnie, do swojego prawdziwego życia. Mnie z kolei chodzi o to, żeby dostrzegały w życiu codziennym rzeczy niecodzienne i niezwykłe, zauważały magię małych gestów, które jednak robią wielkie różnice. „Światła Małego Miasta” to był rzeczywiście projekt o charakterze reporterskim. Dotyczył mniejszych miejscowości, poniżej dwudziestu tysięcy mieszkańców. Nie miało to jednak bezpośredniego wpływu na to, że akcja Kociej Szajki dzieje się właśnie w Cieszynie. To był raczej przypadek. Ta historia była na początku improwizowana, a przecież przy improwizacji sięgamy do naszych zasobów związanych z doświadczeniem osobistym czy z lekturami. A ponieważ część swojego dzieciństwa spędziłam na Śląsku Cieszyńskim, to ulokowanie tam akcji wynikało z tego. Po prostu było to jedno z pierwszych miast, jakie przyszło mi do głowy. […]