Apokryf w butelce po Oshee
Małgorzata Sikora-Tarnowska
Trzy dni i trzy noce: tyle, przynajmniej według biblijnego przekazu na ten temat, potrzeba na ludzkie zmartwychwstanie. A nawet mniej – jeśli się postarać – bo dni i noce są mierzone tradycyjną, żydowską rachubą – metodą zaokrąglania niepełnych dni w górę i liczenia nocy od wieczoru włącznie. Co wypełnia głowę zmarłego w czasie pomiędzy?
Zamieńmy grób przywalony kamieniem na mieszkanie we współczesnym Rzeszowie, drogę krzyżową na międzykontynentalną historię chłopskiej rodziny z południowo-wschodniej Polski, zwłoki Syna Bożego zaś na złożone depresją ciało przedstawiciela pokolenia Y – a odpowiedź na to pytanie poznamy z powieści Marcina Oskara Czarnika. Zgodnie z sugestią zawartą w tytule – noce i dnie rozdzielone przecinkiem, układające się w powtórzenie – z założenia mamy tu do czynienia z wariantem pewnej historii rozpadającym się na wiele innych możliwych wariantów; z historią, która zatacza koło i która nie może się skończyć albo skończyć się może tylko umownie.
Czarnik jako autor debiutanckiej mikropowieści Misterium (2023) dał się poznać jako twórca pomysłowych, konceptualnych zwięzłych fabuł osadzonych w dusznej scenerii południowej Polski, której wyparte chłopskie korzenie, konserwatyzm obyczajowy i wszechobecny katolicyzm jako środowisko dylematów tożsamościowych, związanych m.in. z nieheteronormatywnością, domagają się literatury z tychże uwarunkowań wyrastającej: uważnej na wstydliwe, chłopskie fundamenty polskiej tożsamości, ale też otwartej na twórczy, konstruktywny wymiar ludowej genealogii; wyczulonej na opresywną konwencjonalność rytuałów religii katolickiej, ale też świadomej, że wiara kształtuje sposób odczuwania być może na zawsze, ale nie w sposób ostateczny. Opisując te zjawiska w debiucie – metodą łączenia literackich konwencji, poetyk i języków – autor opierał się na węzłowych wątkach dyskusji w ramach „zwrotu ludowego” i podejmował je z wykorzystaniem języka ludowych i religijnych pieśni, przy czym wnosił do tego ujęcia wrażliwość postsekularną i queerową w wydaniu męskim. Pozwala to zaszeregować Misterium wśród współczesnej literatury queerowej opisującej dojrzewanie w kontekście religijnym (powieść Olgi Gorskiej Nie wszyscy pójdziemy do raju czy zbiór opowiadań Kingi Sabak Trochę z zimna, trochę z radości).
Wszystkie te poszukiwania w obszarze tożsamościowych składowych – chłopskości, religijności i seksualności – znajdują konstruktywną kontynuację w Trzech dniach, trzech nocach: wyrazisty koncept, oparty na wykorzystaniu quasibiblijnej frazy i zakorzenieniu historii rodzinnej w starotestamentowej przypowieści o Kainie i Ablu, służy tu jako punkt wyjścia do opowiedzenia o czterech pokoleniach przodków narratora, wywodzących się z galicyjskich wsi Czucz i Pstrangowa, i o nim samym – najmłodszym potomku chłopskiej rodziny, który jako jedyny miał szansę na studia. Czarnik z dobrym skutkiem porzuca niezbyt udany, zaprzeczający realiom historycznym schemat konfrontacji „chłopskości” z „miejskością” w XXI-wiecznym Krakowie, na którym oparł Misterium, sięga za to do wciąż nieodkrytej literacko żyły złota, jaką jest temat masowej (dwuipółmilionowej!) chłopskiej emigracji zarobkowej do Ameryk na przełomie XIX i XX wieku – notabene zjawiska doskonale udokumentowanego źródłowo bogatą korespondencją zza oceanu zatrzymaną przez carską cenzurę. Trzeba jednak zaznaczyć, że historia emigracji: prapradziadka Andrzeja do Nowego Jorku i pradziadka Antoniego do Brazylii to zaledwie jeden z epizodów tej wielowątkowej opowieści, bynajmniej, w moim odczuciu, niedominujący ani nawet kluczowy.
O historii nowojorskiej – Andrzeja, który z szyfkartą popłynął na Ellis Island i później poznał praprababcię Franciszkę – dowiadujemy się wprawdzie nieco więcej niż o kilkunastoletnim pobycie Antoniego w brazylijskiej dżungli, opisanym przyczynkowo, ale oba te wątki życiorysów przodków stanowią tylko preludium do założenia przez nich rodzin w Polsce i wystartowania karawany pokoleń: najpierw pradziadków Heleny i Aleksandra, później dziadków Staszka i Marii oraz Franka i Tosi, wreszcie rodziców Adama i Ewy. Temat emigracji, a także wiele innych, jak portrety Czucza i Pstrangowej, druga wojna światowa i (zdawkowo potraktowany na przekor trendom) awans społeczny w powojniu – przedstawiony zostaje szeroko, jako przyczynek do pikarejskiej z ducha opowieści o uniwersalnym chłopskim losie, kierowanym przypadkiem i przyjmowanym z mieszaniną odwagi i taktycznej pokory (zarówno wyjazdy, jak i przyjazdy emigrantów są wynikiem zbiegów okoliczności). Ten dobrze już sprawdzony sposób opisu ludowej historii nasuwa dość oczywiste skojarzenia z prozą Wiesława Myśliwskiego – Czarnik umiejętnie panuje zarówno nad potoczystą frazą, jak i nad budowaniem epickiego dystansu. O ile jednak Trzem dniom… nie można odmówić – na małą, bo małą, ale jednak bez porównania większą skalę niż w szkicowym Misterium – rozmachu, to autorski, jak zawsze u tego pisarza wymyślny, sposób potraktowania klasycznego literackiego wzorca budzi ambiwalentne uczucia. Wspomniana Sabak na przykład pokazała, że inspiracja Myśliwskim, ale też w ogóle polską prozą chłopską drugiej połowy XX wieku, może przynieść znakomite efekty w opowiadaniu o współczesnej nienormatywnej tożsamości: wydobyć z detalu czy gestu opowieść, która przekroczy granice czasoprzestrzeni, i opisać uniwersalne mechanizmy podporządkowania i wykluczenia słabszych. Tymczasem wydaje się, że Czarnik tę inspirację traktuje inaczej – bierze z chłopskiego eposu przede wszystkim siłę autorytetu, jaką daje sprawowanie władzy nad tego rodzaju opowieścią. Wyrazistym przykładem wykorzystania tej władzy jest zabieg polegający na wstawianiu do tekstu współczesnych wyrażeń potocznych, slangowych i wulgaryzmów – bez względu na to, o kim lub o czym mowa i o jakim czasie (o czasach biblijnych, początku, połowie XX czy ćwierci XXI wieku).
Jeśli nawet uznać powstałe w ten sposób frazy za miejscami intrygujące, to z czasem nawet to, co zaskakuje, utraciwszy urok nowości, robi się męczące. Mam z tym pewien problem, bo na takie wtręty natrafiamy co rusz: „prababka, na maksa wściekła, powiedziała, że teraz już cię nie spuszczę z oka, o nie”, „Bóg wymaga ofiar, Bóg się nie pierdoli, tego chyba babcia nie brała pod uwagę”. Zdarzają się też w tym gąszczu momenty nadal zabawne: „oczy mojego taty Adama były niebieskie, bardzo niebieskie, w odcieniu oshee multifruit”. Nawet one jednak – pomijając już ocenę wartości artystycznej samego zabiegu, co zapewne jest kwestią subiektywną – oprócz podważania patosu quasibiblijnej frazy i drwiny z nadętej powagi sag rodzinnych nie pełnią żadnej szczególnej funkcji, za to przeszkadzają w zbudowaniu relacji z postaciami pomimo utrzymywanego epickiego dystansu. A przecież inaczej było w powieściach chłopskich z lat 60.–80. XX wieku, z Myśliwskim na czele – a byli tam i Kawalec, i Nowak, i Redliński, i Oryszyn. I nawet u parodysty Redlińskiego drwina wnikała głęboko pod powierzchnię społecznych ról i zjawisk. Oczywiście trudno uczynić zarzut z tego, że Czarnik nie jest pisarzem z lat 60., jednak powierzchowne potraktowanie opisywanych tematów (na przykład emigracji) to słabość, której w porównaniu do debiutu najmniej udało się zaradzić. Autor dalej podąża za własną intuicją w opowiadaniu: komplikuje pozycję narratora wszechwiedzącego i szuka własnego języka, przede wszystkim zaś wystrzega się moralizowania – czasem tak bardzo, że poświęca na tej drodze głębię postaci i konstrukcyjną elegancję. Drwiący, nerwowy ton, jaki wprowadzają wtrącenia – jak w przytoczonych cytatach – nie służy, jak się wydaje, wyższym celom, jak przerysowanie węzłowych momentów, żeby wydobyć z nich farsę lub tragizm, ale jest demokratyczny: trochę denerwuje, zazwyczaj dezorientuje. Co pewne jednak, stanowi główny budulec narracji konsekwentnie opartej na jednej zasadzie: ani na chwilę nie dać czytającym zapomnieć, kto tu rządzi. Czyli kto? Ano kapryśny i zbuntowany, niechciany syn straumatyzowany śmiercią brata, niewydarzony student polonistyki, impotent seksualny, przegryw.
Zatrzymajmy się na koniec przy owej „impotencji” (zauważmy, że to słowo już nacechowane, biorące mężczyzn za cel, bo czy kobieta może być impotentką?), jako że dochodzimy tu do kluczowego, moim zdaniem, wątku całej powieści. Imiona rodziców narratora – Adama i Ewy – służą jako punkt wyjścia i uzasadnienie dla powiązania jego biografii z biblijnym życiorysem Seta – ich trzeciego syna. Tego, który miał zastąpić rodzicom zmarłego Abla i według tradycji chrześcijańskiej zasłynął imponującym rozmiarem penisa i niespożytymi mocami seksualno- -reprodukcyjnymi (żył zresztą ponad 900 lat). Czarnik, zrezygnowawszy z podejmowania wprost tematu męskiej homoseksualności, bierze w Trzech dniach… na warsztat inny wymiar nienormatywnej seksualności, zaznaczony już w debiucie, ale tu rozwinięty: niechęć Seta do seksu z kobietą, unikanie go, próbę zbudowania relacji na innych wartościach. W ożywczy sposób przekierowuje zainteresowanie na tematy związane właśnie z tym jej wymiarem: (a)seksualnością i męską (nie)rozrodczością.
Kiedy autora nie zajmuje historia chłopskiej rodziny, mierzy się on ze stereotypami na temat męskiej seksualności, z oczekiwaniami wobec mężczyzn w relacjach seksualnych, ale też ze społecznym tabu niedzietności. Przy tym znowu: nie moralizuje, ale też nie wiąże społecznych oczekiwań z tożsamością queerową (czy niequeerową), nie brnie w intersekcjonalność wykluczeń i skupia się na męskości ogólnie, tworząc literacki apokryf o jej uniwersalnych, choć nasilających się we współczesności dylematach. Narrator niedawno wydanego zbioru opowiadań Kuby Wojtali Podciep, gej z małej śląskiej miejscowości, w niejasnych, ponadnaturalnych okolicznościach zostaje ojcem niemowlęcia. Trzy dni, trzy noce wybrzmiewają w podobnym kontekście – relacji do własnej rodziny, ale też do własnego miejsca w rodzinnej genealogii. Dobrze widzieć coraz więcej pisarzy (rodzaj męski użyty celowo), którzy szukają w swojej twórczości miejsca na tematy ważne także w społecznych dyskusjach. Trzy dni… pokazują – nie wprost, często okrężnie i bywa, że językiem bełkotliwym i pełnym bluzgów – że form narodzin jest wiele, a zmartwychwstanie jest jedną z nich, nierzadko warunkującą wszystkie inne.