Jednorożec w pustym pokoju?

Jakub Jakubik

Grzegorz Piątek napisał dobrą książkę. Ale to mnie niepokoi. Polski reportaż architektoniczny trafia w mój czuły punkt, spełniając wszystkie pokładane w nim nadzieje. Zawierają się w nim i historia, i diagnoza, a do tego i manifest: „architektura dla życia”. Autor jest świetny warsztatowo, dowartościowuje pomijane i pomijanych, odzyskuje skazane na zapomnienie. Jego działania wykraczają poza tekst, bo pod względem działalności obywatelskiej okazuje się wzorem do naśladowania. Więc w czym rzecz? Zanim zostanę posądzony o paranoję – historia.

Kiedy ponad rok temu Filip Springer promował swoją książkę Szara godzina. Czas na nową architekturę, z wypiekami na twarzy czytałem wywiad Moniki Stelmach z autorem, pt. Przestańmy budować. Wysłałem go mojej koleżance, która tymczasem odbywała staż w Danii w jednym z wielu tamtejszych biur architektonicznych. Odpowiedziała mi lakonicznie: „To nawet tutaj nie jest możliwe”. W takim razie po co te książki? Dla kogo? I czy w ogóle mogą coś zmienić?

Zredukujmy na moment ten problem do fundamentów. Wiemy przecież doskonale, jak projektować nowoczesną architekturę. To banalnie proste – ma być dostępna dla ludzi (i zwierząt), funkcjonalna, estetyczna, niskoemisyjna i możliwie tania. Te elementy składają się na „etykę”, którą doskonale znają i chcieliby stosować architekci. Niestety, zły świat deweloperów, inwestorów i przetargów ma to zupełnie w nosie i skupia się wyłącznie na ostatnim elemencie. Architektura to piękny kolos stojący na dwóch nogach: sztuce i inżynierii. Póki kolos stoi, jest piękny. Ale krytykowi wystarczy zaatakować jedną tylko nogę, by w oczach odbiorcy cała konstrukcja runęła. Innymi słowy, kiedy budynek projektowany jest po to, by wyglądać, łatwo wskazać braki w dostępności. Gdy istotą jest natomiast dostępność, łatwo o oburzenie wśród estetów. Do obozu zwolenników dostępności i odpowiedzialnego projektowania należą m.in. Piątek i Springer. Są takie budynki, które łączą dostępność, rozmach i oryginalną formę, ale prawdę mówiąc, takich przypadków jest niewiele, a jak są, to bywają powszechnie aprobowane (dopóki nie okaże się, że materiały kiepsko się starzeją). Drugi obóz stanowią ci, którym zależy na tym, aby ich pieniądze „wyglądały” – inwestorzy, politycy i deweloperzy. Trudno im zarzucić złe intencje, bo nic tak dobrze nie reklamuje kadencji jak przecięta wstęga. Tak działa marketing. Czyli co? Trzeba pisać książki o odpowiedzialnym projektowaniu do oporu i uda nam się zachować złoty środek? A może jest inna droga?

Do myślenia dała mi opowieść Piątka o Dworcu Tramwajowym Centrum w Łodzi projektu Jana Gałeckiego. Na przystanek rozpisano konkurs, ale na temat zwycięskiej pracy wielu wypowiadało się krytycznie. Jednym z najgłośniejszych głosów krytycznych był tekst Filipa Springera o tytule Stajnia dla jednorożców. Autor podkreślał „rozkrzyczaną formę” i mało „praktyczne” rozwiązania. Wtórowały mu głosy społeczników i dyrektorów. Ironiczny przydomek z tekstu Springera przyjął się – już całkiem na serio. Po czasie obok stacji stanął pomnik jednorożca autorstwa Tomohiro Inaby. I tak Stajnia jednorożców stała się symbolem miasta Łódź: „Jednorożcem Łódź pokazała – sama sobie i reszcie świata – że nie jest tylko kustoszką ani syndykiem resztek swojej świetności”. Co dla mnie w tym wszystkim kluczowe, Piątek dotarł do autora pracy konkursowej. Gałecki opowiedział mu historię projektu – o poszukiwaniu sensu, nadziei i inspiracji. O tym, jak zainspirował go widok górskiego nieba, o tym, jak formę odnalazł w pobliskich kościołach i katedrze. I wtedy do mnie dotarło. Piszemy o architekturze, zapominając często, że jest demokratyczna, a nie autorytarna. I bynajmniej nie mam na myśli polityki ani opresji, tylko nieustanną walkę o kompromis. Piątek w swoim reportażu wykonał znakomitą pracę, opisując sploty (nie)szczęśliwych wypadków, których wynikiem jest architektura. Zwraca uwagę na niedogodności, sprzeczne interesy, fortunne i niefortunne rozwiązania. Czy zatem nigdy nie doczekamy się momentu, w którym architektura w Polsce będzie dobra? Na to wygląda. Tak samo jak nie doczekamy się świata bez wypadków samochodowych tak długo, jak długo będą jeździć auta. A Piątek, patrząc w przyszłość projektowania, manifestuje kompromis „idealistycznego realizmu”. Bo jednorożca zamkniętego w pustym pokoju trzeba wypuścić na łąkę. I być gotowym na to, że tam się ubrudzi, a może nawet złamie róg. W zamian za to on będzie mógł żyć, a my, czasem, mimo niedoskonałości, będziemy mogli go podziwiać.

Brzmi to być może odrobinę górnolotnie, ale takie przesunięcie optyki sprawia, że z literatury parenetycznej idziemy w stronę historia magistra vitae est, co czyni cały proces społecznego „wyciągania wniosków” bardziej psychologicznie przystępnym. Tym bardziej że Piątek ma dobry styl, potrafi zaciekawić, wchodzi w głąb, korzysta ze źródeł, ale wplata je w warstwę tekstową tak lekko, jakby były tam od niechcenia. Zgrabnie przechodzi od „klasyków”, Loosa, Le Corbusiera, na polskie podwórko – do Barbary Brukalskiej. Wszystko to w poczuciu nieuniknionej ciągłości, tak lekturowo przyjemnej. Jego narracja płynie, prowadzi nas na modłę hermeneutyki, od szczegółu do ogółu, a potem od ogółu do szczegółu. Po nitce przez kłębek do swetra. Metodologicznie idzie z duchem czasu, eksponując feministyczne i genderowe wątki badań nad architekturą. Przypomina dobrze omówione w środowisku problemy (np. różnicę w liczbie „oczek” w toaletach dla kobiet i mężczyzn), ale też wyciąga z archiwów „cichych” bohaterów architektury dla życia (Władysław Borawski, Alina Scholtz). Podkreśla projekty, z których możemy być dumni (xystudio, meble Locomoco, TBS-y w Rybniku). Przy pomocy statystyki rozlicza się z nostalgią i idealizmem (wielkopłytowe budownictwo, problem martwych rynków). Do tego książka jest zaprojektowana schludnie i praktycznie. Zawsze wiadomo, „gdzie jesteśmy”, ze względu na dobrze dobrane fotografie, a czcionka jest przyjemna dla oka – stosownej wielkości.

Przy tym wszystkim Piątek nie potrafi się powstrzymać od skomentowania sytuacji toaletowej w Warszawie: „Warszawa najpierw została z ręką w nocniku, a potem nocnik wyjęto jej spod tyłka i wystawiono na przetarg” albo „Warszawskie babcie klozetowe poszły więc z kafelków na bruk, a klozety zostały przeznaczone na wynajem i zaadaptowane do nowych funkcji”. Albo fragment: „Powstaje tu 650 mieszkań. Czterdziestotrzymetrowy lokal z dwoma pokojami, łazienką, […] ciemną kuchnią i balkonem kosztuje 931 tysięcy złotych”. I na koniec, gdy mowa o wyludnianiu się centrów na rzecz turystyki, a w tym konkretnie przypadku w Gdańsku: „Z pieczołowicie odrestaurowanymi, lecz pustymi świątyniami sąsiadują zrujnowane i przepełnione śmietniki. Te drugie, wybudowane na potrzeby stałych mieszkańców, a nie błyskawicznie rotujących tłumów turystów, ledwie mieszczą worki z pozostałościami po codziennym sprzątaniu apartamentów i tony dodatkowych pieluch, butelek po winie i opakowań po kosmetykach travel size zabieranych na city break do Danz… Dans…. Gydans… whatever”. Ta skrupulatnie budowana poufałość dobrze oplata opowieści oparte na historycznym konkrecie, ale jednocześnie momentami zdawała mi się odrobinę pretensjonalna. Nie jest tajemnicą, że reportaże charakteryzuje tendencja do odautorskich wynurzeń. Ich sprawne wykorzystanie wymaga nadzwyczajnej czujności. Dobrze robiła to Ilona Wiśniewska w Hjem albo Zbigniew Rokita w Kajś, choć ten sam zabieg w Odrzanii wzbudzał u niektórych krytyków mieszane uczucia. Piątek radzi sobie z tym całkiem dobrze, ale momentami miałem szczere poczucie, że nie wszystkie wstawki są konieczne.

Książka Piątka to literatura faktu najwyższej próby. Co najważniejsze, mimo swojego analitycznego potencjału i erudycji autora pozostaje przystępna dla każdego czytelnika. Jego „idealistyczny realizm” diagnozuje istotę architektonicznego kompromisu, a historyczna przenikliwość ratuje od zapomnienia. Pozostaje tylko dodać, że mam szczere nadzieje, że polskie miasta zamiast w Toi Toie zainwestują w publiczne toalety. A żeby tak się stało, sobie i wam życzę..