Igłą krawiecką w Chaos
Aneta Zawadzka-Karwowska
Jedna z sióstr Lulu Miller w stresie wyrywała sobie brwi i rzęsy. Ona sama w wieku 16 lat miała na koncie nieudaną próbę samobójczą. Co się stało w życiu tych młodych kobiet, że za najwłaściwsze rozwiązanie uznały okaleczanie własnego ciała albo jego całkowite unicestwienie?
Czy prawdopodobną przyczyną mógł być unoszący się nad nimi od czasów dzieciństwa paraliżujący optymizm ojca naukowca, który wymagał, by córki w każdym momencie potrafiły się rozpogodzić, niezależnie od tego, jak naprawdę się czują? Cóż w tym jednak złego, że człowiek chce, by inni, zwłaszcza najbliżsi, nie poddawali się obezwładniającemu smutkowi i akceptowali z pogodą ducha wszystko, co im się przydarza? Zwłaszcza że w świecie rządzonym przez Chaos walka z przepotężnym wirem bezrozumnych sił, który „stworzył nas przypadkiem i nieuchronnie nas zniszczy”, z góry skazana jest na porażkę. Przyjęcie postawy całkowicie afirmującej życie i brak sprzeciwu wobec tego, co nieuniknione, jawiło się, zdaniem rodziciela, jako jedyna droga pozwalająca przetrwać. Ten uroczy nihilista, potrafiący ponoć rozbawić każdego, sam miał jednak problemy, by rozbudzić w sobie pokłady optymizmu. Zdarzało się, że ucieczki od narastającego smutku szukał w alkoholu albo przemocy.
Lulu Miller postanowiła zawalczyć. Zerwać z trudnym do udźwignięcia bagażem przekonań, że wszystko, co robimy, pozbawione jest sensu, bo na końcu i tak zatriumfuje Chaos. W książce Dlaczego ryby nie istnieją opowiada historię osoby, która rzuciła wyzwanie niewzruszonemu losowi. Dotrzymujemy jej kroku w podroży przypominającej wędrówkę pielgrzyma, który udaje się w drogę do wybranej świątyni, by w ten sposób spróbować odnaleźć sens życia. Lulu na szlaku nie jest jednak sama. Towarzyszy jej ten, którego świadomie wybrała na swojego pocieszyciela. To David Starr Jordan. Żyjący na przełomie XIX i XX wieku taksonom, który w trakcie swojej wieloletniej kariery akademickiej odkrył, nazwał i zakonserwował w słojach wypełnionych etanolem tysiące gatunków ryb. Człowiek niezwykle doświadczony przez liczne tragedie. I te osobiste, bo stracił żonę i dzieci, i zawodowe. Jego gromadzone przez wiele lat zbiory dwukrotnie zostały bezpowrotnie zniszczone. Jordan jednak nigdy nie zwątpił w sens swoich działań. Dlatego stał się tak ważny dla Lulu. Miał bowiem to, czego jej, zwłaszcza na początku wędrówki, bardzo brakowało. Wiarę w zwycięstwo. „Być może odkrył sekret tego, jak zachować nadzieję w świecie, który niczego nie obiecuje; jak brnąć naprzód w najmroczniejsze dni”. Trzyma się go więc przez lata, ufając, że dzięki temu objawi się przed nią tajemnica przetrwania.
Kiedy Miller zaczynała pracę dziennikarza naukowego, sposoby Jordana na okiełznanie Chaosu wydawały się jej wręcz głupie. Dopiero w momencie doświadczenia rozpadu własnego życia przypomniała sobie o jego umiejętności podnoszenia się po kolejnych porażkach. Stała się ona w jej oczach cechą, która upodabniała go do niezniszczalnego herosa. Kiedy w wyniku pożaru jego słoje z rybami uległy zniszczeniu, wpadł na pomysł, żeby od tej pory umieszczać w słojach cynowe plakietki, na których znajdzie się nazwa danego okazu. Kolejne uderzenie okazało się silniejsze. W wyniku trzęsienia ziemi trzydzieści lat pracy zamieniło się w leżącą na podłodze laboratorium rybną masę. Nazwy na cynowych plakietkach uległy pomieszaniu. On po raz kolejny rzucił wyzwanie Chaosowi. Tym razem za pomocą igły krawieckiej, którą przyszył plakietki do okazów. Świat ocalony. Jeszcze raz udało się pokazać, że Chaos można pokonać. Czyż to nie sprawia, że pogrążeni we własnej rozpaczy, chcemy bić brawo bohaterowi, który uratował nas od przekleństwa nieobliczalności? Wystarczy igła krawiecka, by świat na powrót stał się przewidywalny.
Gdyby ta opowieść skończyła się w tym momencie, mielibyśmy piękny przykład książki, którą można ustawić na półce z napisem: „Pocieszenie dla strapionych”. Tymczasem autorka pokazała też rysy na nieskazitelnym wizerunku badacza: David Starr Jordan stał się nieprzejednanym orędownikiem eugeniki. Był jednym z pierwszych, którzy przywieźli do Stanów Zjednoczonych stworzoną przez brytyjskiego uczonego Francisa Galtona ideę mówiącą o konieczności wyselekcjonowania wzorcowej rasy ludzi i jednoczesnego wyeliminowania tych, którzy nam się nie podobają. Jordan ze znaną wcześniej pewnością siebie, uporem i wolą walki – cechami, za które Miller tak bardzo go podziwiała – rozpoczął krucjatę przeciw najsłabszym. Siła, której do tej pory używał w starciach z Chaosem, pomogła mu stać się bezwzględnym egzekutorem prawa do życia zarezerwowanego wyłącznie dla najlepszych.
Autorka bardzo stara się znaleźć przyczynę, która sprawiła, że Jordan był zdolny do dokonania tak spektakularnej wolty. Po długich poszukiwaniach dochodzi do wniosku, że żadnej wolty tak naprawdę nie było. David Jordan pozostał po prostu wierny swoim przekonaniom. Te zaś opierały się na koncepcji scala naturae. Owa idea drabiny bytów zakłada, że wszystkie stworzenia są uszeregowane od najniższych do najwyższych, a ta hierarchia jest stała i niezmienna. Choć teza o stałości i niezmienności stała w jawnej sprzeczności z teorią ewolucji, nie przeszkodziło to Davidowi przyjąć jej jako naukowego pewnika, którego trzymał się nawet wbrew sprzeciwom uczonych. To między innymi za przyczyną Jordana rozpoczęły się w Ameryce sterylizacje, które doprowadziły do tragedii wielu kobiet. Skoro przeżyć mogą tylko najlepsi, trzeba zrobić wszystko, by słabe osobniki nie przekazywały dalej swojej wadliwej puli genów – takiemu poglądowi hołdował do końca swoich dni.
David Jordan nigdy nie został ukarany za swoje występki. Świat jest bowiem tak skonstruowany, pisze Lulu Miller, jest obojętny i pełen niesprawiedliwości. Ale bywa także zaskakujący. „W latach osiemdziesiątych XX wieku taksonomowie uświadomili sobie, że ryby jako uprawniona kategoria zwierząt – nie istnieją”. A więc świata Jordana nie zniszczył pożar ani trzęsienie ziemi, mówi nam Miller. Po prostu okazało się, że gonił za czymś, co nie istnieje. Niszcząc po drodze wszystko, co nie pasowało do jego ustalonej wizji rzeczywistości.
Lulu Miller idzie jednak dalej. Nie chce, aby na ławie oskarżonych zasiadał wyłącznie Jordan. Winę należy przypisać także samej nauce, która, jak twierdzi, jest skażona. Miała uporządkować, a zamiast tego wprowadza zamęt. Nauka „nie jest latarnią morską wskazującą drogę do prawdy, jak zawsze sądziłam, lecz tępym narzędziem, które może narobić niezłego bałaganu”. Dlatego namawia wszystkich do porzucenia w badaniach tych sztywnych kategorii, które w naukowym porządku łatwo organizują świat, odzierając go jednocześnie z pierwiastka dzikości. Tylko jak w takiej sytuacji poradzić sobie z Chaosem? Trzeba analizować każdy przedmiot z ciekawością i wątpliwościami, podpowiada autorka. Zastanowić się, jaka rzeczywistość kryje się za naszymi założeniami. I to tyle? Przeczytaliśmy całą książkę, żeby na koniec otrzymać taką prostą receptę? Miller nie jest jednak naiwna. Wie, że umiejętność tworzenia nowych ram jest trudnym zadaniem. Sama przyznaje, że w podejmowaniu kolejnych prób nadal towarzyszy jej lęk, a patrzenie na świat w odmienny sposób nie zawsze wychodzi dobrze. Mimo wszystko trzyma się swojego przesłania, aby ciągle podważać własne kryteria. Zwłaszcza te, które dotyczą kondycji psychicznej oraz moralnej. Koncepcja drabiny jest bowiem, jej zdaniem, wciąż żywa i niebezpieczna. Cały czas znajdują się orędownicy, chętni, by wcielać ją w życie. Lulu Miller wyposaża nas w „rybokształtny młot”, dzięki któremu, jeśli tylko zechcemy, możemy strzaskać ideę drabiny.