Zwycięstwo, które pachnie lasem

Marcin Kołakowski

W Cesarstwie, które nigdy nie istniało Angélica Gorodischer buduje imperium z ruin, plotek i legend. Pod baśniowym kostiumem eksploruje chwiejność imperiów, przemoc ukrytą w rytuałach, pamięć przegranych i opowieści wypchnięte poza oficjalne kroniki.

Gorodischer (1928–2022) to jedna z najważniejszych figur hiszpańskojęzycznej fantastyki, uznawana za filar argentyńskiej literatury spekulatywnej. Międzynarodową rozpoznawalność przyniosły jej przede wszystkim Trafalgar oraz Cesarstwo, które nigdy nie istniało – to drugie przełożone na angielski przez samą Ursulę K. Le Guin. Pisarka tworzyła światy, czerpiąc z tradycji opowieści ustnej, w których baśń i kronika stają się narzędziami namysłu nad dziejami oraz rodzeniem się mitów. Cesarstwo…, opublikowane pierwotnie w latach 1983–1984, ukazało się w momencie szczególnym: u schyłku argentyńskiej dyktatury wojskowej, tuż po latach państwowej przemocy, tortur i duszącej mitologii nacjonalistycznego państwa. Nie jest to jednak prosta alegoria polityczna. Oryginalny tytuł, Kalpa Imperial, odsyła do hinduskiej koncepcji kalpy: kosmicznego cyklu stabilizacji, odnowy, trwania i zniszczenia, po którym wszystko rusza od nowa. Gorodischer nie przenosi jednak czytelnika do świata dalekowschodniej mitologii; zapożycza przede wszystkim cykliczną wizję czasu, by stworzyć fantazmatyczne cesarstwo o rysach zachodniośredniowiecznych. Dlatego zamiast linearnej fabuły otrzymujemy fragmentaryczną kompozycję złożoną z kronik, legend, baśni i przypowieści. Gatunkowy kostium fantasy jest tu jednak tylko pretekstem; bliżej temu utworowi do parabolicznej, postmodernistycznej prozy z ducha latynoamerykańskiej nowej powieści historycznej. Właściwym bohaterem okazuje się nie jeden cesarz ani jedna dynastia, lecz samo cesarstwo: jego centrum, peryferie, rytuały, klęski, tyranie i odbudowy.

Tematycznie powieść rozwija się wokół kilku powracających napięć: między trwałością a rozpadem, majestatem a farsą rządzenia, centrum a obrzeżami, budowaniem cywilizacji a jej nieuchronną erozją. To nie jest świat stabilnych instytucji, to raczej przestrzeń nieustannego przesuwania granic. Autorka raz po raz pokazuje, że u podstaw każdego reżimu leżą nie tylko armie, prawa i ceremonie, lecz także czysty przypadek, strach oraz iluzja własnej nieśmiertelności. Szczególne miejsce zajmują tu miasta – kapryśne, zmienne, czasem olśniewające, czasem przeklęte, jakby przechowywały w kamieniu i ulicach całą ambiwalencję ludzkich wspólnot. Obok nich pojawiają się przestrzenie oddalone od tronu – pustynie, południowe krainy, szlaki kupieckie – gdzie logika panowania traci oczywistość. Dzięki temu Cesarstwo... można czytać jako studium tego, jak wielkie struktury rodzą się, kostnieją i pękają pod naporem tego, czego nie potrafią objąć.

W tej panoramie szczególnie ciekawie wybrzmiewa temat poznania. U Gorodischer ciekawość bywa siłą wyzwalającą, ale nigdy całkiem niewinną. We fragmencie zatytułowanym Portret cesarza prosty chłopak rzuca wyzwanie zabobonom i bada zakazane przestrzenie z odwagą pozytywistycznego odkrywcy. Ten emancypacyjny impuls ma jednak swoją ciemną stronę – ociera się o pokusę totalizującą: pragnienie sklasyfikowania i podporządkowania świata własnej wiedzy. Z tym łączy się obraz panowania jako procesu zużycia i wymiany. W Dwóch rękach kolejni panujący nie tyle tworzą historię, ile odtwarzają jej okrutny, wyblakły mechanizm. Imperium odnawia się więc przez przemoc, a jego majestat często okazuje się tylko dekoracją. Szczególnie wyraźnie widać to w opowieści o Livna’lamsie, gdzie doprowadzony do groteski ceremoniał odsłania fasadowość hierarchii, dworskich dekoracji i oficjalnej pamięci. Pałacowy porządek przypomina tu niemal obrzęd sakralny: nie wymaga rozumienia, lecz posłuszeństwa. Równie istotny pozostaje wymiar feministyczny tekstu: kobiety nie są tu dodatkiem do dziejów, lecz ich pełnoprawnymi uczestniczkami. Portret cesarzowej śledzi awans bohaterki znikąd na sam szczyt; to intrygująca, pozbawiona realistycznego kostiumu wariacja na temat losów Becky Sharp z Targowiska próżności Thackeraya. Kobiety potrafią tu rządzić mądrze, pożądać wpływu, budować wspólnotę, lecz także krzywdzić, są po prostu historycznymi podmiotami, a nie alegoriami cnoty. Osobnym napięciem pozostaje relacja między imperialnym, sytym centrum a żywiołowym Południem. Zamiast kolejnej kroniki wojennej pisarka proponuje jednak przypowieść o syntezie. Przemiana imperium wymaga porzucenia imperialnej, marmurowej pychy i wyruszenia w drogę. To zwycięstwo nie pachnie prochem, lecz lasem. Władza rezygnuje ze złota na rzecz zielonych liści, a tron wtapia się z powrotem w ziemię.

Pod względem poetyki Cesarstwo... najmocniej wyrasta z oralności – Gorodischer pisze tak, jakby tekst nie tyle został zapisany, ile był właśnie snuty przy stole, na placu, w karawanie albo na dworze. Narratorzy przypominają trubadurów, kronikarzy bez urzędu, ludowych gawędziarzy, którzy zwracają się do słuchaczy, zwlekają z pointą, mnożą szczegóły i świadomie budują napięcie. W tym świecie żywa mowa ma przewagę nad martwą literą; oficjalne księgi i archiwa ustępują miejsca głosowi, gestowi, pamięci oraz kapryśnej sztuce opowiadania. Narrator staje się tu figurą rdzennie polityczną – wolną, nomadyczną, niepodlegającą instytucjonalnej tresurze. Jako taki stanowi żywe zagrożenie dla każdego autorytaryzmu, który karmi się przecież monologiem i jedną, zamkniętą wersją dziejów. Z tym wiąże się dygresyjność tomu. Narracja nieustannie skręca, dopowiada, zawiesza sąd, jakby prawda mogła wyłonić się tylko z nadmiaru wariantów, nie z prostego komunikatu. Nie jest to jednak czysty relatywizm, raczej nieufność wobec esencjalizmu, gotowych formuł i ideologicznej prostoty, która w argentyńskim kontekście lat dyktatury nabiera wyraźnie antyautorytarnego sensu.

W efekcie otrzymujemy fantasy tylko pozornie eskapistyczne; w istocie literaturę, która przez sam akt opowiadania rozbraja autorytet kroniki, imperium i jedynej prawdy. Pisarka przypomina bowiem, że literatura może skręcać ku eksperymentowi, awangardzie albo postmodernistycznej grze z formą, ale u jej źródła wciąż pozostaje elementarna potrzeba słuchania. Cesarstwo... działa właśnie dlatego, że za erudycją, polityczną alegorią i grą z konwencją pulsuje najbardziej pierwotny z literackich instynktów: archaiczny moment, gdy ktoś zaczyna mówić, a my natychmiast stajemy się zakładnikami ich głosu.