Zakrzątnąć się wokół śmierci
Kamila Dzika-Jurek
Dunaj. Chyłe pola to piąty tom poetycki w dorobku Małgorzaty Lebdy. Nie mam jednak wątpliwości, że pomimo słyszalnej we frazach powtarzalności rytmu i tematów jest to tom inny od poprzednich. Jestem prawie pewna, że Lebdę poetkę zdążyła odmienić jej własna proza.
W 2023 roku autorka wydała powieściowy debiut pt. Łakome, który choć doczekał się wielu pochwalnych komentarzy i recenzji wśród krytyków, w rzeczywistości okazał się słabiutką, nieszczególnie dobrze napisaną historią (czyżby tylko Dariusz Nowacki nie bał się na głos powiedzieć, notabene na łamach „Nowych Książek”, że to jednak nieco powierzchowna, jak to ujął w swoim niepodrabialnym stylu: „ładna” proza?). Opowieść o chorującej na nowotwór seniorce rodu, pokazana z perspektywy wnuczki, która wraz z partnerką Ann wróciła do rodzinnej wsi, mimo wyraźnych chęci autorki, by była to literatura intymna, z wycyzelowanymi zdaniami i z liryczną głębią, nie sprostała temu zadaniu. Czegoś jej zabrakło. Tylko czego? Myślę, że dotknęła ją przypadłość wielu poetów debiutujących prozą: autorka Matecznika nie poradziła sobie z historią opowiadaną zdaniami. Pisanie prozy wymaga bowiem żelaznej konsekwencji w planowaniu fabularnych ścieżek, ale również pragmatycznej postawy wobec czytelnika, któremu poza ładnymi metaforami należy się rzecz ciekawie opowiedziana, z solidną pointą i wiarygodnie opisanymi postaciami.
To, co jednak na gruncie powieści mogło irytować – jak zbyt krótkie, „rwane” rozdziały, modna „ekotematyka”, podana w dość nachalny, ale i w powierzchowny sposób – w tomie poetyckim nabrało głębi. Jakby z ulgą odnalazło pomysł na siebie. Coś, co próbowało dojść do głosu w prozie, ale nie potrafiło się przebić przez niewłaściwą formę, tu, w poezji, wystarało się o swój język, swój kształt. Znalazło też – skądinąd ciekawe, że udało się to właśnie z pomocą wiersza, a nie powieści, która powinna być, jak maszynka do opowiadania – dobrą „fabułę”, spójną i pokazaną z ciekawych perspektyw. Że tą fabułą jest cierpienie, choroba i śmierć najbliższych z domowego kręgu: psa Dunaja i brata poetki – Janka, to cały tom przenika język żałobny. Choć jest to język, który dopiero się tutaj rodzi, poszukuje samego siebie, próbuje się z tym, co zbyt trudne do nazwania, może wręcz niemożliwe, kiedy świat stale domaga się od żałobników działań równoważnych do śmierci: rodzenia, gotowania, pracy, napawania się pięknem świata. W miejsce śmierci, pustki – nowych rzeczy, w miejsce cichych, żałobnych przestrzeni – głośnych, domowych biesiad.
W wierszu 34 – bo utwory nie mają tutaj tytułów, lecz numery od 1 do 58 – żałobniczka-siostra gotuje i karmi swoich najbliższych. Rwie i sieka zioła, nastawia wywar na zupę, warzywa opala nad „żywym ogniem”.
Kolendra, dużo świeżej kolendry, rwać tak,
żeby dłonie – mój brat leży w ciemnej trumnie,
w ciemnym grobie, zimnym grobie, zimnej trumnie,
usta ma białe czy sine? – pachniały do tego szczypior,
wywar warzę od wczoraj: marchew, por, opalana
nad żywym ogniem cebula, pietruszka, czosnek – mój brat
leży w ciemnej trumnie, w ciemnym grobie, zimnym grobie,
zimnej trumnie, usta ma białe czy sine?
Obraz krzątającej się po kuchni dziewczyny (czy ona śpiewa, nuci?), towarzyszący tej krzątaninie ogień, ale i sama konstrukcja wiersza (galopada rytmu, scenki niczym z ballad Mickiewicza: „A on już leży w grobie, / A nad nim kwiatki rosną”) przypominają romantyczne upodobanie do ludowości, w której tajemnica śmierci miała być ciasno spleciona z tajemnicą życia. Namiętność, która przygotowywała w balladach romantycznych miejsce odchodzeniu i pustce.
W liryce Lebdy myśl o śmierci jest jak zimno, które uzasadnia istnienie ognia. Imponująca jest przy tym konsekwencja autorki, która swoje ekologiczne myślenie, będące częścią jej życia poza literaturą (a co poetka chętnie odkrywa w mediach społecznościowych), włącza w świat sztuczny, zmyślony, wystylizowany na „jakiś”. Gdzie romantyczna fraza ballady spotyka się z biblijnym cytatem (mamy tutaj i Apokalipsę Św. Jana, i stacje drogi krzyżowej z niesamowicie brzmiącą frazą: „Dunaj upada po raz pierwszy”). A jednocześnie autorka pilnuje skrupulatnie, by była w tym równowaga. Taka jak ma być pomiędzy martwym i żywym, między tym, co odchodzi, a tym, co musi natychmiast wypełnić owo puste miejsce. Wszystko przenika ten sam naprzemienny rytm, również historie tu opowiadane. Nie zmyślam, bo ta sama dziewczyna, która w utworze 34 gotowała posiłek dla rodziny, w następnym (wiersz 35) swoje rozgrzane ręce „uspokaja w ziemi”.
Inaczej niż w poprzednim tomie: Mer de glace, w Dunaju Lebda postawiła przede wszystkim na koncept i to on rozdaje w tomie karty. A te karty, jak pokazuję wyżej, są ułożone równo, z rozmysłem. Jeśli przetasowane – to również nie w byle jaki sposób. Mnóstwo tutaj aluzji, cytatów z innych dzieł, parafraz – książka opiera się na delikatnej, a zarazem solidnej siatce intertekstualnej, przez którą przebija fakt, że Lebda jest autorką, która chętnie czyta innych i włącza te lektury w swoją twórczość. Przykładem może być Inger Christensen (wspaniała duńska, nieżyjąca już poetka) i jej niepowtarzalna fraza z tomu alfabet (tłumaczonym na polski przez Bogusławę Sochańską): „antonówki istnieją, antonówki istnieją”, która nie tylko echem odbija się w wierszach autorki, ale również swoją jednowersową konstrukcją przypomina niejeden utwór w Dunaju. Czemu jednak Christensen nie znalazła się wśród wymienionych inspiracji na końcu tomu? – tego nie wiemy. To jednak drobiazg wobec faktu, że Dunaj. Chyłe pola to poezja żywa, dająca wiele przyjemności w lekturze, medytująca nad rzeczami najistotniejszymi dla człowieka.