Ryzyk-fizyk – strategia przeżycia

Z prof. Ireną Grudzińską-Gross rozmawia Tomasz Siewierski

Kiedy po raz pierwszy zetknęła się pani z postacią Aleksandra Weissberga-Cybulskiego?

W 1966, kiedy miałam 20 lat. Wtedy nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu ukazała się jego Wielka czystka. W książce jako rok druku podany jest 1967, ale z tego, co wiem, ukazała się rok wcześniej. Moj kolega przeszmuglował ją z Paryża do Warszawy i przyniósł mi oprawioną – dla niepoznaki – w gazetę. Wówczas niewiele o tej książce czy o Weissbergu wiedziałam. Zdawałam sobie jedynie sobie sprawę z tego, że to publikacja ważna i – przede wszystkim – zakazana. Miałam tylko parę dni na to, żeby ją przeczytać, a musiałam robić to w ukryciu, w tajemnicy również przed rodzicami. To była niebezpieczna lektura…

Dlaczego ta książka stała się dla pani osobiście tak bardzo ważna?

Jej autor to były komunista, austriacki fizyk, jak się potem dowiedziałam – z żydowskiej rodziny krakowskiej, urodzony na początku wieku, który w latach 30. znalazł się w Związku Radzieckim i w czasie wielkiej czystki został aresztowany. Jego przeżycia z II wojny światowej to ciąg niesamowitych przygód. Potem znalazł się na Zachodzie, gdzie swój pobyt w sowieckim więzieniu opisał w bardzo dokładny, analityczny sposób. Ja natomiast żyłam w rodzinie i w czasach, w których informacje na temat historii Związku Radzieckiego, a w szczególności historii wydarzeń takich jak wielka czystka, były bardzo trudno dostępne, i cierpiałam, jak większość moich przyjaciół, na poczucie braku informacji. Lektura Wielkiej czystki odegrała zasadniczą rolę w moim zrozumieniu Rosji sowieckiej oraz tego, co działo się wokół mnie.

Zatem pierwsze spotkanie z Weissbergiem odbyło się poprzez jego dzieło. Jak wyglądały kolejne?

Po wydarzeniach marcowych 1968 roku wyemigrowałam z Polski, znalazłam się we Włoszech. Dokładnie 14 listopada 1969. Spotkałam tam Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, autora wstępu do Wielkiej czystki, przeczytanej przeze mnie trzy lata wcześniej. Herling-Grudziński bardzo się przyjaźnił z Weissbergiem. Poznali się w Londynie w 1948 roku, razem odbyli podroż do Jugosławii. Herling opowiadał mi o tym wyjeździe. W hotelu, w którym się zatrzymali, była dostępna prasa zagraniczna. Weissberg zaraz po śniadaniu bardzo uważnie czytał te gazety, potem dzwonił do swojego brokera w Nowym Jorku i mówił mu, jakie akcje ma kupić, jakie sprzedać. Mniej więcej o 11.00 jego dzień pracy był zakończony. Wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego popchnęły mnie do bliższego zainteresowania się Weissbergiem.

Wydaje mi się, że ogromne znaczenie miało dla pani spotkanie z Evą Zeisel, pierwszą żoną bohatera Wielkiej karuzeli.

To był wspaniały zbieg okoliczności. Poznałyśmy się w szkole: ja odbierałam moją córkę, ona swoją wnuczkę. Dziewczynki chodziły do tej samej klasy. Niemal od razu zapytała mnie, kim jestem, a gdy powiedziałam, że jestem z Polski, oznajmiła: „A ja byłam pierwszą żoną Aleksandra Weissberga-Cybulskiego. Zbliżyłyśmy się bardzo na zasadzie wspólnoty emigracyjnej, ona pochodziła z Węgier, z rodziny Polanyich, z której wyszło zresztą wielu znakomitych naukowców. Była niezwykłą osobą, wybitną projektantką ceramiki; już wówczas jedną z jej prac prezentowano w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Eva Zeisel pokazała mi fascynującą dokumentację dotyczącą Weissberga, w której znajdowały się np. kartki pocztowe wysłane z getta krakowskiego, gdzie przez pierwszą połowę wojny przebywał. Po śmierci Evy jej córka udostępniła mi kolejne bardzo ważne materiały.

Ostatecznie zebrała pani materiał z licznych, niesłychanie różnorodnych miejsc – archiwów, bibliotek, zbiorów prywatnych. Które dokumenty okazały się najbardziej rewolucyjne dla pani badań?

Największe wrażenie zrobiły na mnie właśnie owe kartki pocztowe z getta. Trzymanie tego typu dokumentów w rękach to duże przeżycie. Następne, jeśli chodzi o intensywność moich odczuć, były dokumenty dotyczące Weissberga z charkowskiego NKWD z lat 30. Tu już nie miałam dostępu do oryginałów, a jedynie do fotografii zapisów przesłuchań i szerokiej dokumentacji sporządzonej przez oficerów, którzy go przesłuchiwali, jak również do kopii akt prokuratorskich informujących o działaniach podjętych w jego sprawie.

Pani książka została oparta na imponującej, nieprawdopodobnie szerokiej kwerendzie. Dziś historycy rzadko podejmują tak wielki trud. Poszukiwania śladów po Weissbergu przypominają pracę detektywa…

Paradoksalnie najtrudniejszy do zbadania wcale nie był okres pobytu Weissberga w Związku Radzieckim, nie był to też czas jego uwięzienia. Zagadkowe jest natomiast pięć lat, które spędził pod okupacją niemiecką w Polsce. On sam dbał o to, by wiedza o jego działalności w tamtym okresie pozostała tajemnicą. Mimo wielu zagrożeń ocalał, co więcej, zarabiał wtedy ogromne pieniądze. Jak mu się to udawało? Włożył wiele wysiłku w to, by ukryć, jak te pieniądze zdobył.

Zanim przejdziemy do tych niezwykłych wątków, chciałbym dopytać o pani osobisty stosunek do Weissberga. Był obecny w pani życiu od roku 1966 i wciąż powracał, aż doczekał się biograficznej opowieści pani autorstwa. Czy udało się pani zaprzyjaźnić z samym Weissbergiem, czy nie miała rozterek wynikających z potrzeby utrzymania niezbędnego dla naukowca krytycyzmu wobec tej postaci?
 
Kiedy zaczęłam zbierać materiały do tej biografii, nie uważałam siebie za historyczkę. Zamierzałam napisać dużo bardziej osobistą książkę. Życie Weissberga pozwalało mi na wejście w losy kogoś, kto nie był członkiem mojej rodziny, ale jego historia pomagała mi zrozumieć dzieje własnej. Nie miałam do nich dostępu, bo w domu o przeszłości w ogóle się nie mówiło. Miałam wewnętrzny zakaz zajmowania się i śledzenia tego, co się działo z moim ojcem czy matką. A ponieważ Weissberg ukrywał prawdę o swoich wojennych doświadczeniach, tym bardziej było to nęcące. W jego przypadku nie obowiązywała mnie jednak zasada dyskrecji.

[…]

Nie znalazłam formuły na osobistą książkę, wybrałam więc formę klasycznej biografii. Długo trwało, zanim się zebrałam do pracy. Poruszałam się przecież w sferze języka francuskiego, a nie niemieckiego, który był językiem Weissberga, i w świecie literatury pięknej. A on nie był pisarzem literackim, lecz dokumentalnym.

Porozmawiajmy więc o tym, kim był. Jawi się jako postać pełna sprzeczności…

Był Żydem z Krakowa, z bardzo dużej rodziny, która przeniosła się do Wiednia w roku 1907. Mieszkał więc w Wiedniu od szóstego roku życia, tam się wykształcił, został inżynierem fizykiem. Awansował przez to do innej kasty społecznej niż jego rodzina, ponieważ ojciec był kupcem winnym, a matka miała dość wysokie, ale tylko szkolne wykształcenie. Zawsze uważał się za Wiedeńczyka, co oznaczało również, że nie miał poczucia dominującej przynależności państwowej. W młodości należał do ruchu socjalistycznego, potem socjaldemokratycznego, aż został komunistą. Był jednocześnie ideowym komunistą i bardzo praktycznym naukowcem i inżynierem.

Co przyciągnęło Weissberga do komunizmu?

Przyczyną jego wstąpienia do partii komunistycznej była wielka faszyzacja życia politycznego w Austrii, której towarzyszyło spore osłabienie socjaldemokracji. Ta nieumiejętność przeciwstawienia się faszystom powodowała wielką radykalizację wśród socjalistów, tylko komuniści wydawali się godnymi przeciwnikami dla faszystów. To mi przypomina dzisiejszą sytuację w Stanach Zjednoczonych i spory odpływ ludzi z partii demokratycznej właśnie z powodu jej słabości i braku siły przeciwstawienia się temu ruchowi, który teraz pcha Stany na prawo.

Pozostając w kontekście faszyzacji życia politycznego w Austrii, powiedzmy, jakie znaczenie w drodze Weissberga do komunizmu miało doświadczenie antysemityzmu?

Wiedeń był miastem, że się tak wyrażę, oficjalnego antysemityzmu. Wiedeńscy Żydzi byli przedmiotem zamachów, ofiarami bardzo brutalnych działań przedstawicieli skrajnej prawicy. Konsekwencją takich doświadczeń był wybór radykalnej ideologii. Komunizm, pamiętajmy, obiecywał świat bez podziałów narodowych.

Za działalność komunistyczną musiał jednak opuścić Wiedeń.

Dwa razy był zatrzymany, obawiał się aresztowania. To go przymusiło do wyjazdu. Pojechał do Berlina, dostał tam pracę, ale parę lat później znów musiał uciekać, ponieważ przyznał się lub pochwalił spotkanemu w pociągu towarzyszowi, że zajmuje się szpiegostwem przemysłowym na rzecz partii komunistycznej. Ten człowiek doniósł na niego zarówno do partii, jak i na policję. Partia postanowiła wyekspediować go z Niemiec i zmusiła do wyjazdu do Związku Radzieckiego. Nie palił się do niego.  

[…]