Ucieczka
Paulina Małochleb
Tylko zdrowi mają siłę czytać o chorobie. Mann, Blecher, Sontag, Woolf tylko dla tych, którzy biorą pełny wdech, dociągają nogę do klatki piersiowej, wchodzą bez zadyszki na czwarte piętro. Opowieści o raku, cukrzycy, dżumie, gruźlicy powstają z myślą o chorych, ale czytają je zdrowi, młodzi, wysportowani i dobrze odżywieni. Ci, którym wiedza o ciele zawarta w tych tekstach jest potrzebna, ci, którzy w gruncie rzeczy potrzebują opowieści maladycznych, starają się od nich trzymać jak najdalej, by nie sprowadzić na siebie większego jeszcze nieszczęścia. Nie plują przez ramię, ale zamawiają własny los w oczekiwaniu diagnozy, operacji, terapii, omijając Sontag wzrokiem, by nie kusić złego.
W królestwie onkologii, którego zostałam skromną obywatelką, ogląda się Komisarza Alexa, gra w kulki, gada do zaschnięcia ust. I od razu na „ty”, od razu do spodu, „a dokładnie ile ma twój guz”. „Jesteś przed czy po” oznacza tylko operację, nie ma innych miar, innych przełomów w królestwie Breast Unit przy ulicy Kopernika w Krakowie, w tym cesarstwie estrogenu.
Myli się ten, kto sądzi, że świetna literatura towarzyszyć może zawsze, że w każdych okolicznościach jest na nią miejsce. Kolejki szpitalne mówią „sprawdzam”, testują fabuły, weryfikują długość i nośność zdania. Dla mnie są miarą stresu – wydaje mi się, że się nie denerwuję, a jednocześnie w ciągu przedpołudnia spędzonego w kolejce czytam każdy akapit po cztery razy, bo po drugim słowie odpływa koncentracja. Często łapię się na tym, że sama umiejętność czytania wydaje mi się z nagła intrygującym procesem, któremu zaczynam się przyglądać. Lęk sprawia, że najprostsze życiowe czynności okazują się zewnętrzne i obce.
I nie ma znaczenia rodzaj opowieści maladycznej, moja diagnoza nie uodparnia wcale na Blechera. To nie jest tak, że gruźlica znosi raka, a cukrzycę można pokonać przy udziale guza prostaty. Już raczej zaczynam się zastanawiać, ile czasu potrzeba, nim moje ciało dojdzie do takiego stadium, że przytomna będę przez 3 godziny dziennie – dokładnie tak, jak miał Blecher. Nagle każda wzmianka o chorym ciele trafia wprost w moją słabiznę, w to miejsce, które próbuję ukryć, odsunąć, ochronić ramieniem.
Na te wszystkie projekcje lękowe, wielogodzinne oczekiwanie na badanie, na radioterapię, chemię, wizytę działają jednak kryminał, romans i fantasy. W królestwie estrogenu, w poczekalni, gdzie wszystkie jesteśmy ubrane w najlepsze ciuchy, wymalowane, wystylizowane, gdzie każdy nasz gest świadczy o strategiach oporu, walki, o maskowaniu własnej słabości, świetnie wchodzą historie o dzikim mordercy, łóżkowe sceny z udziałem skrzydlatych elfów, sceny batalistyczne toczone na smokach. Im większa jest rozpiętość skrzydeł kochanka o twardej klatce piersiowej, potężniejsza jego zdolność magiczna i więcej porywów namiętności, tym lepiej znosi się własną słabość i przerażony wzrok osoby partnerskiej, która z zaskoczenia dowiaduje się o naszej diagnozie. Im dłużej trwa bitwa na jakimś mitycznym północnym wrzosowisku, im więcej magicznych stworzeń bierze w niej udział i oblega ostatnią twierdzę, dokonując dzikich ataków na heroicznych obrońców, tym bardziej obok wydaje się naświetlanie. Im mocniej smoki zioną ogniem, tym mniej dolegają mdłości po chemii i tym szybciej do czytania można wrócić po kolejnym osłabiającym ataku torsji.
Waśnie skłóconych rodów w kostiumowych, historycznych powieściach romantasy, niemili koledzy w komendzie w kryminałach, ostrzał mafijnych cyngli z jadących samochodów z powieści sensacyjnych tworzą tłum, który otacza mnie i nie pozwala na zbyt głębokie przeżywanie własnej odrębności. Bo ile nas siedzi w tej poczekalni na Kopernika, tyle jest tu wariantów losu. Ten sam guz w innym wieku, w innym miejscu w piersi oznacza zupełnie inną chorobę, inny ból, inne dylematy. Im dłużej jedzie się tu spoza Krakowa, pielgrzymuje z całej Polski południowej, autobusami, pociągami i samochodami, tym lepiej brzmią opowieści o tajemniczym zabójstwie dokonanym w Orient Expressie i wszystkich wariantach tej odmiany crime story. Im dłużej trzeba czekać na wyniki, na pobranie wycinka, wyniki histopatologii, na rezonans, na tomografię, tym lepiej brzmią opisy podróży międzyplanetarnych i poszukiwanie na zapomnianych planetach ukrytych skarbów.
Im lepiej płynie zdanie – bardziej dynamicznie, płynnie, dramatycznie – tym lepiej się oddziela od siebie. Im więcej jest rubasznego humoru, językowych potyczek, im więcej opisów nieistniejących krain, wyobrażonych roślin i niestworzonych planet, tym łatwiej układać w głowie historię własnego chorowania. Tym łatwiej znieść drugi i trzeci dzień, i każdy kolejny, bo na pierwszy dzień po diagnozie nie działa żadna literatura – ani wysoka, ani niska.
To jest hymn pochwalny literatury drugorzędnej, rozrywkowej, ucieczkowej. Takiej, która operuje zdaniem krótkim, w której zdarzenie goni zdarzenie, nie dając chwili na myślenie, na jakieś głębsze przeżywanie. Mam go teraz tyle w życiu, że pragnę tylko takiej rozrywki, dreszczu, wbijania paznokci w cudze plecy, a nie igły w moje ciało.