Thriller metafizyczny
Tomasz Kłusek
Wszyscy lubimy się bać. Dorośli i dzieci. Oczywiście, nie za bardzo, nie za długo i nie na serio. Najlepiej późnym popołudniem albo pod wieczór, gdy za oknami jest ciemno, pada deszcz i delikatnie szumi wiatr. Przyjemnie jest wtedy usiąść w wygodnym fotelu, w kręgu światła pokojowej lampy i zanurzyć się całkowicie, myślami i emocjami, w świecie papierowych strachów.
Podobnie można się tak pobać, wpatrując się w telewizyjny ekran. Można, ale nie o filmy nam tu chodzi, lecz o książki, więc pozostańmy przy nich. Takie nieprawdziwe strachy uwielbiają dzieci, a stąd ogromna popularność różnych kryminałów, thrillerów i horrorów dla najmłodszych. Od razu konieczne jest zastrzeżenie, że tu jakakolwiek fuszerka jest karygodna. O ile wśród pisarzy tworzących opowieści z dreszczykiem dla dorosłych przeważają grafomani, pozbawieni talentu i kultury literackiej, o tyle ktoś podejmujący się straszenia dzieci na papierze winien być pisarzem z prawdziwego zdarzenia, w dodatku z poczuciem tego, co można, a czego nie należy oferować młodym czytelnikom. Różnie z tym bywa, ale na szczęście ogólny poziom nie jest zły.
Istnieje więc ta potrzeba bycia straszonym u dzieci, więc od dawna powstaje literatura, która tę potrzebę zaspokaja. Wyliczanie przykładów zajęłoby wiele miejsca. Wspomnijmy tylko sławne Wakacje z duchami Adama Bahdaja czy Astrid Lindgren, u której straszenia wszelakiego też nie brakuje. Ot, choćby noc spędzona w stogu siana przez dzieci z Bullerbyn. Britta, Anna i Lisa drżą po zmroku w obawie przed myszami, żmijami i włóczęgami. Nagle: „usłyszałyśmy wycie. Straszne, przeraźliwe wycie. Jak gdyby tysiąc duchów zawyło naraz. Cud, że nie umarłyśmy! Nie, nie umarłyśmy, tylko zaczęłyśmy wrzeszczeć”. Czytelnicy też w jakiś przedziwny sposób uczestniczą w seansie straszenia, ale w tym wypadku dreszcze emocji połączone są z doznawaniem przyjemności, bo temu, kto czyta, nie zagrażają owe myszy, żmije i włóczędzy. Zresztą cała rzecz szybko się wyjaśniła, bo to Lasse, Bosse i Olle byli sprawcami zamieszania: „oni oczywiście tak wyli i siano szeleściło wtedy, kiedy czołgali się do nas. Britta powiedziała, że to bardzo niebezpiecznie tak kogoś nastraszyć, bo krew może zakrzepnąć w żyłach temu, kogo się straszy”.
Anna Onichimowska też pierwszorzędnie potrafi straszyć. Już w samym tytule Dom na odludziu jest coś niesamowitego. Sugeruje on jakieś straszności, z którymi należy się liczyć i których należy się spodziewać. Jeszcze ta okładka Kasi Kołodziej. Nie mogę odeprzeć wrażenia, że jest na niej domek wzorowany na tym z Psychozy Alfreda Hitchcocka, tyle że w wersji – powiedzmy – light. No i dobrze, bo kto sięga po tę książkę, czyni to na własną odpowiedzialność. Wydawcy czarnymi literami na czerwonym tle ostrzegają, że rzecz przynależy do „Serii z Dreszczykiem”, a zaraz obok zęby szczerzy jakaś idealnie okrągła głowa, w dodatku z oczami z silnym zezem. A może to nie zez, tylko tak wpatruje się w obrazek z tajemniczym domem, bezlistnym drzewem i górami na horyzoncie?
Rodzina, jakich wiele, mama, tata, troje dzieci: Marysia, Paweł i Józio, dwa psy: Luma i Supeł oraz kot Misiek. Mają dość mieszkania w bloku i postanawiają wyprowadzić się do własnego domu, takiego z ogrodem i podwórkiem. Zaczyna się budowa, a wraz z nią kłopoty. Były terminy wprowadzki, ale nic z tego, bo murarze nie zdążą i trzeba czekać jeszcze cały rok. Co robić? Mieszkanie w bloku sprzedane. Mama daje ogłoszenie na Facebooku. Odpowiada na nie tajemniczy pan Fryderyk. Owszem, zgadza się wynająć dom na odludziu, pośród lasów, ale lojalnie ostrzega: „– Zanim pojedziemy na miejsce, chciałem uprzedzić, że dom jest owiany złą sławą. Stąd okazyjna cena. – Zaniósł się nagłym kaszlem. – Jak wkrótce zobaczycie, to piękny obiekt. Nie ma ukrytych wad. Nic nie przecieka, działa wszystko, co działać powinno. – Ktoś popełnił tam zbrodnię? – spytał Józio z wypiekami na twarzy. – Naoglądałeś się kryminałów. To niebezpieczne w twoim wieku. – Fryderyk popatrzył z przyganą na rodziców. – Wszyscy dotychczasowi mieszkańcy skarżyli się na kłopotliwe odgłosy. Jakby był tam ktoś jeszcze. Rozumiecie, co mam na myśli? – Duchy!!! – wrzasnęliśmy razem z Józiem”.
Niewybaczalnym błędem byłoby dalsze streszczanie książki. Oj, dzieje się w niej i to bardzo wiele! Czy Anna Onichimowska pójdzie śladem osiemnastowiecznej pisarki angielskiej Ann Radcliffe? Jeśli tak, to wszystkie tajemnice, cała ta sfera nadprzyrodzoności i cudowności znalazłaby na końcu bardzo przyziemne wyjaśnienie. Jest świat realny i nic więcej. Boimy się i błądzimy, dopóki go nie poznamy. Jakie wyjaśnienie znajdą u Onichimowskiej zagadki strychu i cmentarza, a szczególnie jednego grobu, czy biała zjawa jest tylko wytworem wyobraźni Marysi, co tak naprawdę ukrywa Fryderyk? Czy strach tkwi wyłącznie w nas samych, czy istnieją ku niemu jakieś podstawy poza naszym wnętrzem? Na te i inne pytania znajdzie czytelnik odpowiedź w Domu na odludziu. A jeśli nawet nie znajdzie, to będzie musiał zadumać się nad kondycją człowieka w świecie. Nie zdziwiłbym się, gdyby kiedyś spośród młodych czytelników tej powieści wyrosło przynajmniej kilku wybitnych myślicieli. Co więcej, to samo mogę powiedzieć o innych tytułach tego niezwykle interesującego i wartościowego cyklu Wydawnictwa Literatura. Kolejne tomy „Serii z Dreszczykiem” nie tylko straszą, ale i skłaniają do myślenia. I to jest największą wartością powieści Onichimowskiej. Gdyby ktoś mnie zapytał o najkrótsze jej określenie, to powiedziałbym, że mamy tu do czynienia z thrillerem metafizycznym dla dzieci.