Świadkowanie katastrofie
Karolina Rychter
„Chciałam dotknąć tego, co przecież musi być w środku, co towarzyszy mi od kilku lat, tylko zgubiło się gdzieś pomiędzy robieniem prania a płaceniem rachunków. Chciałam, żeby wreszcie do mnie dotarło, że przyszłość już tu jest” – pisze Katarzyna Boni w swojej nowej książce. Którędy do wyjścia? to pełna melancholii, smutku i nadziei opowieść o końcu świata, jaki znamy.
W zamykających tom podziękowaniach autorka, wielokrotnie nagradzana reporterka, wyznaje: „Od prawie dziesięciu lat próbuję zrozumieć, czym są zmiany klimatu i powiązane z nimi kryzysy – i na poziomie naukowym, i na poziomie moich emocji”. Jest to niezwykle trudne zadanie, bo chociaż „katastrofa wydarza się teraz”, nie jest już abstrakcją ze świata liczb i wykresów, lecz coraz bardziej wpływa na nasze życie, i to na wielu poziomach, czego wciąż nie potrafimy sobie uświadomić. Kryzys planetarny jest nie tylko czymś przygnębiającym i niewygodnym – niełatwo nam też pojąć jego skalę oraz ujawniające się w nim splątanie tego, co indywidualne, z tym, co ponadjednostkowe. Jak zauważa w swojej Mrocznej ekologii filozof Timothy Morton, jeden z badaczy, do których odwołuje się Boni: „Antropocen wiąże ludzką historię z czasem geologicznym w nową, dziwnie dziwną pętlę”.
Czy powinniśmy czuć się winni naszego istnienia? Zadręczać się z powodu codziennych działań? Przecież nastawiając pranie, odpisując na maile czy gotując wodę na makaron, nie chcemy wcale przykładać się do szóstego wymierania. Jak przy tym nie zwariować? Jak nie popaść w smutek, depresję, marazm czy apatię?
Boni sugeruje, że bez przeżycia żałoby po odchodzącym świecie nie jesteśmy w stanie zacząć prawdziwie troszczyć się o rzeczywistość wokół nas. Ona sama bardzo długo nie mogła jej poczuć. W książce odmalowuje ogrom katastrofy – przytacza dostarczane przez naukowców dane („odkąd wiemy, czym grozi spalanie paliw kopalnych, wyemitowaliśmy więcej gazów cieplarnianych niż w całej historii ludzkości przed 1990 rokiem”), rozmawia z ekspertami, nawiązuje do swoich licznych lektur na temat antropocenu. Próbując uświadomić sobie to, co wie, przygląda się miejscom dotkniętym skutkami zmian klimatu takim jak spalony las na Sycylii, wynotowuje nazwy zagrożonych wyginięciem gatunków roślin i zwierząt, przypomina sobie wszystkie rzeczy, których wkrótce nie będzie. „Ogarnęło mnie »morbique«. Niezdrowa, wręcz chorobliwa obsesja oglądania tego, co zaraz zniknie” – wspomina.
„Morbique” to jedno z nowych pojęć mających pomóc zrozumieć gwałtownie zmieniający się na naszych oczach świat. Zostało ukute przez Alicię Escott i Heidi Quante w ramach projektu Bureau of Linguistical Reality. Takich właśnie słów poszukuje Boni, przekładając je na język polski („nud- -apo”) czy też sama je wymyślając („nirealność” „plandzieja”, „ziempresja”, „ziemrć”). Są one nam potrzebne, ponieważ dawne terminy wyczerpują się, ulegają zdewaluowaniu (jak przymiotnik „straszny” w nagłówkach gazet opisujących ekstremalne zjawiska pogodowe) lub zaczynają tracić odniesienie, bo coraz więcej form i sposobów życia wymiera. Nam, ludziom żyjącym w świecie, który wypada z ram, coraz trudniej określić to, co właściwie przeżywamy. Znakomicie oddaje to powtarzająca się w książce w różnych wariantach fraza: „Jakie jest to niemieckie słowo na nieprzystawalność uczuć do rzeczywistości?”.
Nasze poczucie zagubienia, rozdwojenia, „nirealności” łączy się z ograniczeniami naszej percepcji i tego, co może znieść nasza psychika. Nie tylko nie jesteśmy w stanie widzieć wszystkich tragedii naraz, ale też niezwykle trudno nam zobaczyć katastrofę, która nie przychodzi z hukiem, ale jest rozciągnięta w czasie. Jak pisze Boni: „Kryzys klimatyczny – coraz cieplejsze zimy, coraz gorętsze lata – nie przydarza się raz. Jest sumą wydarzeń, które składają się na szkielet nowej rzeczywistości. To nudna apokalipsa, »nud-apo«, koniec, który nie chce się skończyć”. Jej grozę odczuwamy cały czas, ale niewyraźnie – kątem oka, z tyłu głowy, w głębi ciała, pod skorupą obojętności, W Którędy do wyjścia? manifestuje się ona w straszliwych „Trrrzzz! Piiiiii! Aaaaaaa!” (dźwiękach płonącego lasu, które można też interpretować szerzej jako krzyk natury) oraz hipnotyzująco brzmiących „Ven-lec-ti-ne, pre- -ga-ba-li-na. / Pre-ga-ba-li-na, ven-lec-ti-ne. / Pre-ga-ba-li-na, oxa-ze-pam”, czyli nazwach leków przepisywanych narratorce na depresję i stany lękowe.
Wedle Timothy’ego Mortona globalne ocieplenie czy pandemia COVID-19 to hiperobiekty. Ogromne i niesamowite byty, w których jesteśmy zanurzeni. Mogą nas one przerażać, bo nie możemy zostawić ich za sobą. Nie ma takich drzwi, przez które moglibyśmy się z nich wydostać, podobnie jak nie ma na Ziemi wysypiska śmieci, na które moglibyśmy wyrzucić cały wyprodukowany przez nas plastik tak, by do nas nie wracał. Jedynym możliwym „wyjściem” z hiperobiektów wydaje się zwrot ku temu, co małe, lokalne, niepozorne – codzienna troska o ludzi, zwierzęta, rośliny wokół nas. Coś podobnego dzieje się w historii opowiadanej przez Boni. Narratorka zachodzi w nieplanowaną ciążę. Narodziny jej syna, Maciupka, radykalnie odmieniają jej życie, sposób przeżywania świata, perspektywę patrzenia, porządek czasu, w którym funkcjonuje. Zamiast o przyszłości, myśli o niebezpieczeństwach czyhających na jej dziecko tu i teraz (framuga, szuflada, zaklinowany wózek). Zamiast liczyć pożary i powodzie, sporządza listy spożywczych zakupów i sprawdza prognozy smogu dla Warszawy. Swoją przemianę – zaskakującą również dla niej samej – autorka przedstawia równie przekonująco i sugestywnie, jak hipnotyzująco opisuje mrok antropocenu. Pisze o niej w sposób pozbawiony naiwności, podkreślając, że nie przestała odczuwać niepokoju, nie zaczęła nagle sądzić, że wszystko będzie dobrze i w cudowny sposób uda się nam powstrzymać katastrofę ekologiczną oraz uniknąć społecznej zapaści. Jak przyznaje: „Chcesz wiedzieć, w co wierzę dzisiaj? Chyba w sadzenie ziół. I pieczenie bułeczek. W kalkulatory troski, które może prowadzić każdy, kto opiekuje się innymi istotami: dziećmi, psami, rodzicami, żółwiami, ślimakami, różami, dębami, świerkami, biedronkami”.
Co więcej, kluczem do żałoby po odchodzącym świecie stało się dla Boni osobiste doświadczenie utraty związane ze śmiercią jej ukochanych dziadków. To im zadedykowała swoją książkę i to ich zdjęcie umieściła na jej końcowych stronach.