Sam sobie winien
Andrzej Wróblewski
Gigantyczna praca autorki starającej się odtworzyć życie Aleksandra Weissberga-Cybulskiego – postaci w dzisiejszej Polsce dość mało znanej, choć niezwykle barwnej, pozostającej zawsze na drugim planie, ale wyróżniającej się niejednoznacznością. Nie ma już chyba takich źródeł, do których autorka by nie dotarła, a mimo to książka pozostawia pewien niedosyt.
Najważniejsza dla całego życia Weissberga była, podjęta z własnej nieprzymuszonej woli, decyzja o wyjeździe do Związku Sowieckiego w 1931 roku. Jako obywatel Trzeciej Rzeszy, świeżo upieczony posiadacz dyplomu inżyniera fizyki technicznej, pracujący od trzech lat jako asystent w berlińskiej Wyższej Szkole Technicznej, podpisał kontrakt z Ukraińskim Instytutem Fizyko-Technicznym (UFTI) w Charkowie. Aresztowany na fali stalinowskich czystek w 1937 roku, został 1 stycznia 1940 zwolniony, a właściwie na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow przekazany Gestapo. Wypuszczony po kilku miesiącach pobytu w niemieckim więzieniu w Lublinie, najpierw znalazł się w Krakowie, potem w Bochni i Tarnowie, a wreszcie w Warszawie, gdzie przeżył powstanie. Tuż po wojnie udało mu się wyjechać do Szwecji, a następnie do Paryża, skąd później, w ramach działalności biznesowej i politycznej, podróżował po Europie, najczęściej do Wiednia – miejsca, w którym spędził dzieciństwo i młodość. Zasłynął wydaną po niemiecku w 1951 roku, noszącą skądinąd wyjątkowo nietrafny tytuł książką Hexensabbat (Sabat czarownic), do której wstęp napisał Arthur Koestler. Polskie wydanie, zatytułowane Wielka czystka i opatrzone wstępem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, ukazało się w roku 1966 nakładem paryskiego Instytutu Literackiego.
Zadziwiające, że najmniej wiadomo o pobycie Weissberga w Polsce, a całkiem sporo o jego pobycie w sowieckim więzieniu. Relacja ze „śledztwa”, prowadzonego przez NKWD, które w istocie było przymuszaniem do przyznania się do najbardziej absurdalnych przewin, obfituje w szczegóły, które w niektórych momentach wydają się nie mieć wiele wspólnego z osobą Weissberga. Chodzi tu głownie o dokładne życiorysy kolejnych pojawiających się śledczych i współoskarżonych. Ich wielka liczba powoduje, że czytelnik nie jest w stanie ich zapamiętać, a tym samym nadać im decydującego dla losów Weissberga znaczenia. Jest to raczej opowieść o okolicznościach, w jakich przebiegała wielka czystka, i o ludziach, którzy tworzyli jej atmosferę – zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie więziennych krat.
Dalece niepełny jest natomiast opis tego, co Weissberg robił w czasie okupacji w Polsce. On sam unikał zresztą potem tego tematu. Wiadomo jedynie, że zajmował się interesami, i to na dość dużą skalę, bo w grę wchodziły dziesiątki tysięcy dolarów. Jego modus operandi polegało na korumpowaniu niemieckich urzędników przy dużych zamówieniach dla wojska, w czym niezwykle przydatna była perfekcyjna znajomość niemieckiego. Nie jest też jasne, czy brał czynny udział w powstaniu warszawskim, czy tylko je przeczekał w jednej z piwnic. Nie ulega przy tym wątpliwości, że przez cały ten okres mógł się bać – i to zarówno Polaków, jak i Niemców. Był przecież Żydem i był Niemcem. Mógł się obawiać pytań o powody, dla których NKWD przekazało go Niemcom, i mógł się obawiać pytań o powody, dla których Gestapo puściło go w Polsce wolno. Nie wiadomo też dokładnie, na co przeznaczał zarobione pieniądze. Autorka zrobiła wszystko, co możliwe, by zbadać jego losy w tym okresie. Całkowicie bezzasadny byłby też zarzut, że w związku z licznymi niejasnościami nie postawiła Weissberga w stan oskarżenia. Z całości lektury wynika bowiem jasno, że Weissberg był ryzykantem, lubił korzystać z życia, choć nie był w tym egoistą. Był lubiany i wielu ludziom bardzo pomagał. Po wojnie został życzliwie przyjęty przez środowisko paryskiej „Kultury”.
Na czym polega zatem niedosyt, który towarzyszy czytelnikowi po lekturze Wielkiej karuzeli? Po pierwsze dotyczy nad wyraz często powtarzanej frazy, że Weissberg był wybitnym fizykiem, o którego w liście do Stalina upomniał się sam Albert Einstein. Autorka pisze, że Weissberg nie lubił, gdy go tak nazywano, co jednak nie przeszkadza jej stwierdzić, że „przyczynił się do szalonego rozwoju fizyki światowej”, bez podania choćby jednego dowodu. Nie ma też ani słowa o tym, jakimi badaniami zajmował się w UFTI. A z książki nieodparcie wynika, że nie był naukowcem, lecz inżynierem, i że nie zajmował się w UFTI badaniami, lecz jego organizacją.
Po drugie, nie dostajemy wyjaśnienia czegoś, co można nazwać ideologicznym zauroczeniem Weissberga. Skąd się ono bierze i na czym polega? Weissberg już w latach 20. był zdeklarowanym komunistą. Jako człowiek oczytany musiał przecież wiedzieć, jakie informacje dochodziły ze Związku Sowieckiego, a mimo to zdecydował się tam pojechać i w budowie komunizmu uczestniczyć. Autorka wielokrotnie wspomina, że Weissberg miał wielki dar przekonywania i werbowania nowych członków partii, ale ani razu nie przytacza jego argumentacji. Nie wiadomo, na czym polegały jego retoryczne popisy w tym względzie. Co mu się w tym komunizmie podobało i co go tak bardzo w nim zauroczyło? Czy każdego, kto źle mówił o komunizmie, uważał za kłamcę? Gdy zdecydował się na wyjazd do Charkowa, miał już trzydzieści lat, więc trudno go posądzać o dziecinną naiwność. Czy nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo wyznawane przez niego wartości rozmijają się z sowieckimi realiami? A już zupełnie niezrozumiały jest jego ideologiczny upór w sytuacji, gdy znalazł się na Ukrainie w czasie Wielkiego Głodu. Widział umierających na ulicach ludzi, widział, co dzieje się na ukraińskiej wsi, a mimo to nadal upierał się przy słuszności idei komunistycznej. Jako wysokiej rangi pracownik UFTI dokładnie poznał sposób działania sowieckiej administracji; na własnej skórze odczuł represyjność sowieckiego systemu, ale poglądów nie zmienił. Jakie zatem procesy myślowe zachodziły w jego głowie? Czy pod względem politycznym był po prostu głupcem? Monumentalna wręcz praca Ireny Grudzińskiej-Gross z pewnością skłoni do zadawania podobnych pytań, nie znajdziemy tu bowiem na nie odpowiedzi.