Rzeczy, których nie wyrzucili
Aleksandra Kumala
O prawa do wydania tego debiutu w Wielkiej Brytanii walczyło dziewięciu, a w USA – dziesięciu wydawców. Zdobywając za nią tegoroczną Women’s Prize for Fiction, Yael van der Wouden prześcignęła dalece bardziej rozpoznawalne, z nieodgadnionych dla mnie powodów cenione, pisarki – Mirandę July i Elizabeth Strout.
Akcja W dobrych rękach rozgrywa się w Holandii początku lat 60. XX wieku. Niespełna trzydziestoletnia Isabel po śmierci matki mieszka sama w domu rodzinnym; porządek pomaga jej utrzymać służąca, Neelke; o jej względy zabiega sąsiad, Johan, który „[n]igdy nie lubił wychodzić. Nigdy nie wiedział, kiedy powinien sobie pójść; zatrzymywał się w drzwiach, opierając łokciem o framugę i zadawał jej durne pytania”.
Podczas kolacji z braćmi, Hendrikiem (żyjącym ze swoim „serdecznym przyjacielem” Sebastianem) i bawidamkiem Louisem, surowa i powściągliwa Isabel poznaje nową dziewczynę tego ostatniego, Evę – „ładną w sposób, w jaki w mniemaniu mężczyzn kobieta powinna być ładna”, ewidentnie uboższą niż trójka rodzeństwa. Niższy status społeczny Evy przejawia się nie tylko w skromnym stroju, nieporadnie zafarbowanych włosach czy niegustownym przearanżowaniu pokoju Louisa; różnice klasowe dają o sobie znać także w naiwności czy wręcz infantylności kobiety, która na jawną niechęć odpowiada przesadną życzliwością.
Gdy wyjeżdżający służbowo Louis prosi siostrę-samotniczkę, aby ugościła jego nową sympatię w ich domu, irytacja Isabel przybiera na sile. Jak na złość, „Eva zaznaczała swoją obecność […] głośną nerwowością, niczym pszczoła uwięziona w pomieszczeniu o zamkniętych oknach”. Całkowita zmiana atmosfery i rytmu codzienności to niejedyny skutek uboczny niechcianej wizyty; z właściwą sobie skrupulatnością Isabel odnotowuje znikanie kolejnych przedmiotów: „grawerowanego noża do ciasta, dekoracyjnej płytki ceramicznej, noża do rozcinania listów, kółka na serwetki”. Choć zarzuty o kradzież doprowadziły w przeszłości do zwolnień poprzednich służących, tym razem cień podejrzenia pada nie tylko na Neelke.
Fabułę W dobrych rękach napędza narastające napięcie – w miarę upływu czasu coraz jawniej erotyczne – pomiędzy dwiema skrajnie różnymi kobietami, Isabel i Evą. Van der Wouden – mająca izraelsko-holenderskie pochodzenie, identyfikująca się jako osoba interseksualna i queerowa – umiejętnie wpisuje je w klimat epoki. Rodzącą się na czytelniczych oczach intymną relację bohaterek czytać można jako zapowiedź nieuchronnie nadchodzących zmian: w drugiej połowie lat 60., z jednego z bardziej konserwatywnych krajów Europy Zachodniej, Holandia przerodzi się w epicentrum rewolucji seksualnej.
Zanim to nastąpi, ankieta tygodnika „Vrij Nederland” z 1959 roku pokaże dominujące w pokoleniu młodych dorosłych patriarchalne rozumienie moralności, z heteroseksualnym małżeństwem jako powszechnie przyjętą normą. Ślady tradycyjnego światopoglądu nietrudno w powieści wytropić: widać je w rezerwie, z jaką Isabel traktuje Sebastiana i jego związek z bratem; w postawie matki rodzeństwa, która nie akceptuje orientacji seksualnej Hendrika i zrywa z nim kontakt, a poczucie winy zagłusza wyobrażaniem go sobie w roli żołnierza na froncie; wreszcie: w pełnym sprzecznych emocji procesie otwierania się Isabel na własną seksualność.
Drugi z kluczowych wątków to powojenne losy żydowskich ocalałych oraz ich mienia. Jak się okaże, dom Isabel „znalazł” jej rodzinie krewny, zimą 1944 roku, gdy „[k]oniec wojny był tuż-tuż, [a] w zachodniej Holandii szalał głód”. Zastawa zmarłej matki to dla niej symbol materialnego dziedzictwa, o które dba z niezwykłą pieczołowitością, ale w jednym z początkowych fragmentów Hendrik stwierdza wymownie: „To wszystko już tam było… […] Te naczynia. Krzesła”. Choć „[p]rzeważnie rozmawiali o tym, co było wcześniej: o dzieciństwie w Amsterdamie, o ojcu w czasach przed chorobą, zapachu miasta w grudniu, jeżdżącej w kółko miniaturowej ciuchci”, w pamięci Isabel zachowuje się wspomnienie pewnego zimowego wieczoru, po przeprowadzce do Zwolle: jest rok 1946, ma trzynaście lat, je z rodziną kolację, gdy do drzwi zaczyna dobijać się pogrążona w rozpaczy kobieta z milczącą, nastoletnią córką u boku. Odprawiona na piętro razem z bratem, Isabel dopytuje: „Czego one chcą?”. „Naszych rzeczy”, słyszy w odpowiedzi.
Kwestia (braku) własności i stanu posiadania powraca wielokrotnie; od początku nie jest wyłącznie symbolem przynależności klasowej. „Nie mam w życiu ani jednej rzeczy”, wyznaje w pewnym momencie Eva. „Nie było jej tu, więc przechowałam jej tę brytfannę”, stwierdza z asekuracyjną niefrasobliwością ciotka Isabel, zapytana o pierwotną właścicielkę kuchennego akcesorium i okoliczności pozyskania go.
Dzięki sprawnie wprawianym w ruch kontekstom historycznym, intensyfikacji ulega dwuznaczność tytułu powieści (przełożonej przez Justyna Hunię): nawiązuje nie tylko do – rodzącej się wbrew konwenansom i wszelkim obciążeniom – relacji Isabel i Evy, ale także fenomenu „pożydowskiego” mienia, związanych z nim przemilczeń, przekłamań i krzywd. Z prawdą o poprzednich właścicielach domu oraz rzeczach, których ich następcy nie wyrzucili, Isabel konfrontuje się piętnaście lat po zakończeniu wojny. Wcześniejsza nieświadomość okazuje się użyteczną wymówką; pozwala unikać niewygodnych pytań, konfrontacji z rzeczywistością i odpowiedzialności.
„Wiem, że nie wiedziałaś – usłyszy bohaterka podczas jednej z kulminacyjnych scen. – Czy to nie zabawne? W tym kraju nikt nigdy o niczym nie wie. Nikt nie wie, gdzie kto mieszka, kto co zrobił, kto dokąd odszedł. Wszystko jest jedną wielką tajemnicą. Wszyscy tkwią w niewiedzy”. O tym, że niewiedza ta nie jest wyłącznie fikcyjnym elementem świata przedstawionego, świadczy szereg faktów.
Z około stu trzydziestu pięciu tysięcy holenderskich Żydów (1939), w czasie II wojny światowej deportacji doświadczyło sto siedem tysięcy, spośród których sto dwa tysiące zginęły (najwyższy współczynnik żydowskich ofiar w Europie Zachodniej). Mimo że formalnie kwestie restytucji mienia uregulowano już w drugiej połowie lat 40., społeczność stanowiąca największą grupę poszkodowanych nie mogła liczyć na realną pomoc. Do znanej również z polskiego podwórka sąsiedzkiej wrogości dodać należy informacje ujawnione przez dziennik „Het Parool” w 2023 roku: ocalali amsterdamscy Żydzi aż do lat 80. XX wieku byli szpiegowani przez BVD, holenderską służbę bezpieczeństwa wewnętrznego; powstały w połowie lat 60. Holenderski Komitet Oświęcimski w wewnętrznych notatkach tychże służb określano mianem „organizacji terrorystycznej”.
Fabuła W dobrych rękach utkana jest z łatwo rozpoznawalnych motywów, ale van der Wouden z imponującą sprawnością odmierza gatunkowe proporcje, zaprawiając narrację elementami obyczajowymi, romansowymi, queerowymi i historycznymi. Decyduje się na zakończenie stępiające rozliczeniowe ostrze tej świetnej prozy, bo ma świadomość, że nie wszystkim pokrzywdzonym grupom można oddać sprawiedliwość – tego rodzaju wiedza to kolejny dowód jej pisarskiej dojrzałości.