Przypadkowa śmierć wiersza

Maksymilian Odrzywołek

Kim jest tajemnicza ona”? Foks pisze o niej stale i to nie od dziś. Towarzyszy mu w podróżach, mieszka w jego myślach, nawet nieobecna nie opuszcza go nigdy. Mogłoby się wydawać, że chodzi tu o kobietę, właścicielkę czarnej sukienki.  Gdy jednak zastanowić się głębiej, to nie na ciało, nawet nie na sam przedmiot, ale na jego stałą, rytmiczną (nie)obecność należy tu zwrócić szczególną uwagę. Nie chodziłoby tu więc o żywą kobietę, ale o żywą poezję.

Tytuł najnowszego tomiku Darka Foksa Z tobą to nawet na festyn pójdę w oczywisty sposób prowokuje pytanie, do kogo ma się odnosić ten zaimek drugiej osoby. Pytanie, na które czytelnik nie otrzyma jednoznacznej odpowiedzi. Że chodzi tu o rodzaj żeński, po lekturze nie ulega wątpliwości, ale i przed nią można takie założenie przyjąć, zapoznając się z zaczerpniętym z Waltera Benjamina mottem: „W blasku kobiety doznanie trzepocze jak ptasie stadko…”. Pójdą zatem („nawet”) na festyn, razem wznowią wojnę w Hiszpanii, „by tym razem ją wygrać” (Plany na wieczór). Są nierozłączni duchem i ciałem (O pisaniu wierszy w Łodzi):  

 

Najlepiej ruszyć z robotą w chwili,

gdy pociąg wjeżdża na stację,

od razu zapomnieć o opóźnieniu

i koniecznie pomyśleć o tobie.

 

Książka Foksa to zbiór 35 wierszy – częściowo publikowanych wcześniej, częściowo nie – które powstawały od kwietnia 2024 do lutego 2025. Czytelnicy znający zarówno poetycką dykcję autora, jak i zakres jego literackich zainteresowań, nie powinni sięgać po jego nowy tomik, oczekując rewolucji. Pod względem języka i stylu, chwytów i technik wersyfikacyjnych znajdziemy tu przegląd znanych form, co najwyżej w niektórych przypadkach udoskonalonych, gdy w innych karykaturalnie przerysowanych.

Czytając ten tomik jako całość, niełatwo oprzeć się wrażeniu pewnej dyskontynuacji. Trudno w związku z tym odpowiedzieć na pytanie, często towarzyszące książkom poetyckim: czy to zbiór luźno powiązanych czasem powstawania i wspólnym tytułem publikacji, czy też całość znacząca i niepodzielna, do czytania i interpretowania właśnie w tej niepodzielności. Nieciągłość owa wyczuwalna jest na każdym poziomie wiersza. Gdy już odnajdzie się poczucie obcowania z pewną całością, następuje załamanie rytmu i stabilność poetyckiego świata trzeba budować od nowa.

Przyczyną tej zaburzonej dynamiki jest, jak się wydaje, różnica ciężaru poszczególnych utworów. Trudno bowiem uczciwie zestawiać dłuższe i znakomite formy, takie jak Narodziny Wenus z Murnau czy Ćwiczenie psychogeograficzne, z mikro-tworami, jednowersowymi wierszami nie-wierszami, jak choćby O pisaniu wierszy we Wrocławiu czy Jak przekupić leworęczną. Jest to nieprzystawalność frapująca i jak zwykle w takich przypadkach rodząca pytanie, czy miał być to efekt zamierzony.

Mógłby za tym przemawiać fakt, że rytm wierszy Foksa na poziomie poszczególnych utworów również cechuje swoista nieciągłość. Znajdziemy tu dłuższe i krótsze formaty wierszowe, wszystkie operujące nieregularnym rytmem tonicznym; nigdy na tyle konsekwentnym, by popaść w automatyzm, lecz nigdy też na tyle nikłym, by całkowicie utracić miarowy, choć ledwo wyczuwalny puls. Gdyby komuś kiedyś przyszło analizować toniczną wersyfikację Foksa, należałoby go koniecznie odesłać do modelowego – a zarazem bodaj najlepszego w tomie – wiersza Czarna sukienka. Jest to elegancka epanadiploza, jedno długie, rozbite na czternaście wersów zdanie, którego konstrukcja rytmiczna odzwierciedla rzucający się w oczy, rzadko spotykany środek retoryczny. Czarną sukienkę rozpoczyna mocno zarysowany trójakcentowy zestrój, który z każdym wersem wyraźnie i z konsekwencją jest o jeden człon metryczny skracany, aby dopiero na koniec powrócić do swojej pierwotnej, pełnobrzmiącej postaci. Na uwagę zasługuje rozwijanie przez Foksa także dłuższych formatów tonicznych, o rozpiętości zestrojowej wahającej się od pięciu do siedmiu zestrojów na wers, nie odbiegającej jednak nigdy zanadto od dawno już okrzepłej w naszej poezji formy sześciozestrojowca; aczkolwiek warto zwrócić uwagę, jak udatnie Foksowi wychodzi zacieranie naturalnej dla tego rytmu średniówki 3+3 (Wszystkie moje wycieczki):   

 

No więc zanim wyruszę na kolejną wycieczkę, mój wzrok

i zdrowy rozsądek, jego najlepszy kolega, budzą we mnie

emocje, najgorsze emocje; nie mogą dostarczyć na czas

 

danych, które umożliwiłyby mi błyskawiczne odnalezienie,

ewentualnie nieodnalezienie, tych paru czarnych ubrań

na kanapie, na której wyleguje się sterta czarnych ubrań.

 

 

Na pozór Foks pisze poetycki pamiętnik, dziennik podróży i pobytu w czeskiej Pradze, Wrocławiu i Łodzi. Myślami krąży wokół czarnej sukienki, a jego literacki świat zamieszkują cytaty, nazwiska amerykańskich poetów i filmowe kadry. Autor podróżuje więc po mapie naszego lokalnego świata, my zaś podróżujemy po lokalności jego poezji. Przez wspomnienia, które nie należą do nas, książki, których nie czytaliśmy, po towarzyskie spotkania, w których nie braliśmy udziału. Granice pomiędzy literaturą a życiem, cytatem a doświadczeniem, twórczością a erotyką zostają nie tyle zmącone – bo to wszakże nastąpiło już dawno – ile mgliście przywołane z pamięci. Jak dym z papierosa potrafi ukazać nam płaszczyznę światła wpadającego przez szparę uchylonego okna, tak wiersze Foksa zdają się ulotnie zarysowywać kształt pustki, która jest teraz w tym miejscu, gdzie kiedyś była różnica pomiędzy poezją a prozą. Czymś takim jest zresztą graficzno-stroficzna forma sonetu, po którą zdarza się autorowi sięgać. Kształt, który każdy zna, jest tylko tym i niczym więcej – cieniem, zarysem, wspomnieniem – bo w jego wnętrzu nie odnajduje się nic oprócz echa dawnej świetności.

Nie zatem jej właścicielka, nie czarny materiał sukienki, ale jej powracający obraz i brak wypełnienia wspomnienia przez żywą obecność wydaje się najważniejszym motywem tej książki. Czarna sukienka, która jak ów widmowy rytm powraca w kolejnych scenach i nawiedza poetę w snach – „ona” – owa nieistniejąca kobieta-poezja.

Obserwujemy tu poetycki świat po śmierci wiersza. Śmierci, która nastąpiła przypadkiem, mimochodem, umknęła uwadze wszystkich, bo przecież jej obecność wyczuwa się stale, a zarazem pozostawiła po sobie jakże niepokojąco znajome kształty. 

Tytułowe zdanie – Z tobą to nawet na festyn pójdę – należy więc czytać nie jako gest zażyłego przyzwolenia, ale zrezygnowanej obojętności. Poezja Foksa cierpi na szczególny rodzaj melancholii. To „nic, które boli”, objawiające się w zaburzeniach rytmu, wahaniach formy, beztreściowej towarzyskości jednych utworów, a intertekstualnym próżnowaniu innych. Obserwuje się to zjawisko tyleż z trwogą, co z fascynacją. Tym trudniej mieć wobec tego nadzieję, że prędzej czy później nastąpi przezwyciężenie tej liryczno-epickiej dysocjacji. Foks w każdym razie nie stara się karmić naszych złudzeń.