Pole do wolnej amerykanki
Paulina Małochleb
Na skali moich upokorzeń zawodowych bardzo wysoko plasują się spotkania na targach książki w Krakowie – w zatoczce usytuowanej na końcu hali, niedaleko wyjścia ewakuacyjnego i ochrony, w miejscu, gdzie ludzie przysiadają, żeby odpocząć. Prowadzi się dyskusję w powietrze, dla nikogo. Autorzy usadzeni na scenie ze zdumieniem przyglądają się widowni, zmierzającej wszędzie, tylko nie na spotkanie z nimi. To jeden z momentów, kiedy czuję, że moja praca jest bez sensu, że literatura nie ma z książkami nic wspólnego, że pole literackie to jakiś wymysł socjalistów, a rynek książki bawi się, nie mając świadomości, że to bal na Titanicu.
Pracuję też w zupełnie innej branży – muzealnej. I tu życie toczy się w odmienny sposób, ale równie intensywnie. Mam jednak wrażenie, że dzieje się to bardziej umyślnie, z dużo szerszą wiedzą o publiczności, większą liczbą badań, silniejszym networkingiem, gęstszą siecią szkoleń i lepszymi programami do wymiany informacji.
Publiczność muzealna i książkowa jest praktycznie ta sama: kulturalna. Ci, którzy chodzą na wystawy, kupują też książki. Ci, którzy zabierają dzieci na zwiedzanie zamku w wakacje, chodzą też z nimi do bibliotek. Ale jednocześnie galerie i publiczne instytucje kultury wiedzą od dawna, że dostępność i inkluzyjność jest oczywista. To nie opcja, to konieczność. Takiej wiedzy nie ma na spotkaniach autorskich – tylko część z nich, z reguły organizowana właśnie w instytucjach kultury, zaprasza tłumaczy PJM albo zapewnia pętle indukcyjne. Nie idzie za tym dostępność audiobooków – sporo tytułów dostępnych jest tylko w papierze, a sami autorzy po aferze z Legimi nie lubią ani wersji audio, ani formatu epub.
Prawdopodobnie dzięki temu, że większość projektów muzealnych jest kosztowniejsza niż publikowanie książek, towarzyszy im większy namysł, badanie publiczności, bardziej przemyślana strategia. Muzea lepiej pilnują swoich budżetów, nie ma tu zresztą konkurencji ze strony wydawnictw, które zdecydowaną większość premier literackich rzucają na rynek z myślą: „Jak zażre, to dołożymy pieniędzy”. Cóż, w 90% przypadków nie zażera, a książki toną. Wydawcy wciąż żyją nadzieją na przyciągnięcie uwagi „zwykłych czytelników”, ich działy marketingu otrzymują instrukcję, by zdobyć tych, którzy kupują w ciągu roku tylko jedną książkę.
Polscy pisarze i polska publiczność literacka wzdychają z zawiścią, widząc tłumy do autorek young adult, obecność twórców tego nurtu na listach bestsellerów już nikogo nie dziwi. A jednocześnie wydawcy po cichu skarżą się, że ta literatura nie sprzedaje się tak dobrze, jak oczekiwano, że dzieci pożyczają sobie te książki, a nie kupują ich. Doprawdy podłość nastolatków, próbujących dorżnąć imprinty najbogatszych wydawców, jest zatrważająca. Gdzie zmierzamy jako społeczeństwo – nie wiem.
Wydawnictwa i organizatorzy festiwali literackich niewiele wiedzą o praktykach czytelniczych ani tym bardziej o sposobach uczestnictwa w kulturze swojej publiczności. Nie ma przepływu danych na ten temat między bibliotekami a instytucjami miejskimi, choć bardzo często jedne i drugie podlegają tej samej władzy. Tymczasem wysłuchanie informacji, jakie ma o swoich czytelnikach niejedna bibliotekarka, znacząco zmieniłoby sposób planowania publikacji, ich dobór i harmonogram wydawniczy.
Dyskusje związane ze zmianami w życiu literackim dotyczą często tego, czy spotkania autorskie powinny być płatne dla czytelników – bo tak jest w Niemczech. W przestrzeni o słabych więziach, niezbadanej i nieopisanej, zdominowanej przez silne podmioty ekonomiczne, pojawia się tylko jedna potrzeba: podziału mikrych zysków.
Nawet w wymiarze obyczajowym dzieje się tu niewiele – choć w kuluarach czasem wrze od informacji o mobberach i drapieżcach seksualnych, ofiarach molestowania, od których odwraca się środowisko, o niezapłaconych honorariach i nierozliczonych umowach. O audytach, które wykazały ukrywane przez wydawców zyski ze sprzedaży książek, drabinkach honorariów na festiwalach, które deklarują egalitarność wszystkich gości, po cichu płacąc trzy razy więcej wybranym celebrytom. Kilka razy już słyszałam zdanie wypowiedziane głosem pełnym nadziei i oczekiwania: „Gdyby ktoś napisał taką książkę jak Iza Dzieciuchowicz, ale o branży wydawniczej!”.
Tymczasem miejsc umożliwiających wpuszczenie powietrza jest mnóstwo: współpraca z teatrami i instytucjami kultury, zaczerpnięcie od nich danych na temat publiczności, poszukiwanie innych formuł życia literackiego, wyjście poza nudne spotkania autorskie, poza myśl, że jedynymi prawowitymi uczestnikami życia literackiego są wydawnictwa – tę listę można by wydłużyć.
Ale na razie, z powodu niewiedzy, wydeptujemy wciąż te same ścieżki, zamieniające się stopniowo w nieprzechodne dukty. Kiedy branża odkryła, że grupą najbardziej nieobecną wśród czytelników są nastoletni chłopcy, powstał pomysł, by w tradycyjnych mediach namawiać ich do czytania biografii sportowców. Tak, to na pewno pomoże.