Muellerlandia. Pełno i dalej

Ireneusz Staroń

Zmieszane Joanny Mueller to wiersze zebrane z „nowego rozdania”, przekomponowane w opowieść podsumowującą ćwierćwiecze pracy twórczej (2000—2025). Zamiast układu chronologicznego otrzymujemy kolaż, w którym na równych prawach funkcjonują liryki z „dorosłych” tomików i wiersze dla dzieci, a także utwory najnowsze, dotychczas niepublikowane.   

Zasada „zmieszania” była zresztą obecna od początku w twórczości najważniejszej współczesnej autorki polskiej poezji lingwistycznej. Gest antologijnego kolażu laureatki Silesiusa (2023) zachęca do przypomnień i weryfikacji, które przy erudycyjnej poezji absolutnego słuchu językowego mogą stać się zaledwie próbą echosondy. Tę zapowiadają już pierwsze wersy tomu: „co wyniknie co umknie co wyłowię / gdy encyklopedię mnie odemknę” (ból tabuli). Poezja Joanny Mueller „doprowadzona do białoszewskiej pasji” (nasłuch_z_ posuwu.gif) roi się od kampowych luminescencji, które w ciągach wyliczeniowo- skojarzeniowych zmieniają się w sieć sięgającą korzeniami do mitycznego oceanu pramatek, do sfery archetypów. Język w koncepcji archelingwizmu (określenie samej autorki) jest zatem dźwięczny, słowotwórczy, a neologizmy wysnuwa się w ciągłym procesie pęczniejącej aglutynacji: do dawnych rdzeni przyrastają przedrostki i przyrostki, a nowo powstałe zrostki niosą w sobie czar (ważne!) intuicyjnie pojmowanych archaizmów. Wiemy skądinąd, że takie leksemy na pewno istniały, lecz nie sposób ich sobie przypomnieć:

 

potyka się, lecz przełyka, łka i tka: ewangelie

znad kądzieli, piosnki krosienkowe, stłumy, zlęki, ciąże

(tota mueller in utero).

 

Charakterystyczne dla tego typu figur etymologicznych wrażenie dawności jest mylne, a może mylnym czyni je wewnętrzna blokada niepozwalająca na dotarcie do pozarozumowego kobiecego języka. Stąd pytanie, gdy chłopcy

 

gnają wśród olch bez zwidów

frojdów i bajd jak wygląda

twoja cenzura na stole inter

sekcji autocenzura jak się ma

szeroko oczy sypię piach

(piaskunka zryj oczko otwiera parasol).

 

Quasi-baśniowa figura „piaskunki” wmieszana w odległą parafrazę goetheańskiej ballady to postać bliska figurze feministki psujzabawy znanej z pism Sary Ahmed. Ale odczytanie podobnych parabol – jest ich przecież u Mueller wiele – nie wymaga pełnego zaangażowania w gry intertekstualne. Te mogą okazać się mylące:

 

gdzie się spotkamy serdeczne jakiej poniechamy

różnicy? na granicach grasuje sister jak robin

hood przejmuje do puli prywatne historie

(to nie tak jak myślisz siostro).

 

Jej bohaterki sprawnie mylą tropy, a patriarchalny „zapis” na nazbyt ekstatyczne sposoby wypowiedzi, sprawiający, że poetki miałyby z niego zrezygnować, jest również dekonstruowany jako element feministycznych narracji ofiarnicznych oraz poetyki ideowej bezpośredniości jako strategii marketingowej czyniącej z wykluczenia element gry statusowej. U Joanny Mueller działa wówczas stylistyczno-tematyczny mechanizm piętrowej ironii „tak, ale”, który dekonstruuje myślenie ofiary jako skomplikowaną sieć tego, co faktyczne, oraz tego, co wmówione. Zatem krótko: niekiedy dyskurs ofiarniczy także, a może jeszcze bardziej uprzedmiatawia zanurzoną w nim kobietę:

 

więc trenują sumiennie wyuczoną bezradność

te żyjące skądinąd sklerotycznie i za

(jesiotry w jesionach).

 

I to zarówno z perspektywy uroszczeń męskiej dominacji, jak i z pewnych pozycji feministycznych, dla których opresyjne jest samo macierzyństwo jako fakt biologiczno-kulturowy przeżywany przez kobiety, ale skonstruowany w znacznej mierze przez obcą im kulturę.

Joanna Mueller jako matka i poetka pisząca o macierzyństwie („bellissima ventris tuis nie shame-blame”, belly belly rebelia…), ale również jako autorka książek dla dzieci, udowadnia, że bycie mamą w dobie nakładających się na siebie narracji postzależnościowych, zarówno podejrzliwych wobec macierzyństwa, jak i je uprzedmiatawiających, jest możliwe jako fakt literacki. W całym – mówiąc modnym dziś u nas Bourdieu – polu literackim, począwszy od kształtowania tematyki i mechaniki wiersza (motywy i toposy także wegetatywne i telluryczne wiązane z matką jako figurą), po wygląd materialny książki jako artefaktu oraz funkcjonowanie siebie jako autorki i badaczki awangardowej oraz lingwistycznej poezji (głównie Chlebnikowa i Karpowicza).

Stąd rola obrazów włączonych w narrację tomiku Waruj (2019), stąd przywodząca skojarzenia natalno-funeralne („tanatalka ta jedyna / prenatal w powidoku”, kwietność dzietność bitność) ośmiornica wychodząca, względnie zakleszczona w muszli małża na okładce tomu Zmieszane (projekt: Julia Koźmin). Język w swoim nieograniczonym dzieworództwie to siła dziewczyńsko-matczynej dywersji wobec konwencjonalnych sposobów wyrażania, prezentowana często w bizarno-błazeńskich formach:

 

nazbyt wylewna literatka

(muł powiadają książkowy

próbuje brzeg wersu wyczerpać

fantomowym wylewem serca

(autoentyzm).


Wnętrze muszli okazuje się przecież puste, względnie otwarte niczym łono. Język bywa rewolucyjny, ale podejrzewa również same rewolucje, które po okresie często drastycznej żywiołowości podlegają instytucjonalizacji: „lecz kto ma dzisiaj urodzinki? toż to nasza / słodka rewolucja!” (eine kleine überraschung). Opór zmienia się w składnię oporu, a szyk przestawny staje się normą. Stąd potrzeba ciągłej nieufności: feministyczno- emancypacyjny zaum, zanot, „szaranagamama” (formatka), wszelkie stylizacje na język automatyczny, tok inkantacyjny, zapętlanie fraz, paronomazje i kalambury tworzące wrażenie transowego przechodzenia jednych głosek w drugie. „Zmieszaną” „encyklopedię mnie” można, a nawet trzeba czytać jeszcze na kilka innych sposobów, a solidna dawka Joanny Mueller to must have roku 2025.