Geniusz jest najpodstępniejszym kolonizatorem

Karol Samsel

Friedrich Hölderlin – geniusz romantycznej dekonstrukcji zdaje się lekturą całkowicie wstrząsającą. Nie wypada nie być za ten przejmujący oraz pełen retorycznej odwagi esej Wiesławowi Rzońcy po prostu wdzięcznym.

 

Toniemy w dialektyce, może najbardziej w dialektyce cywilizacji śródziemnomorskich, niemającej nic wspólnego z żywym, a także z prawdziwym antykiem sprzed wieków – jesteśmy właściwie już tylko żywymi trupami starożytnych dialektyk, kolonizującymi siebie nawzajem starożytnością, a właściwie jej spreparowanymi modelami mającymi za zadanie osiągnąć stan dominacji władzy – czyli skolonizować światopogląd i stan świadomości drugiego człowieka. Dokładnie w ten sam sposób niegdyś realizowała się dialektyka postępu, dziś może właśnie tak realizuje się dialektyka czułości. Nie czujemy w pojęciu czułości Olgi Tokarczuk oszustw – bowiem wszystko nas już oszukuje, wszystko jest dialektyką – zapewne tak wyglądał świat po oświeceniowej dialektyce postępu w tzw. południu wieku XIX”, czyli latach 60. XIX stulecia, gdy pojawiały się pierwsze akty anarchizmu, terroryzmu, a dialektyki dłużej nie dawało się już „monetyzować” w starym, oświeceniowym wydaniu. Holderlin bardzo skutecznie i bardzo dramatycznie i tragicznie opiera się takim dialektyzacjom, które ukrywają płytkie i małe, „monetyzacyjne” intencje. Jego wartość jest nieoceniona. Autor elegii Brod und Wein, czyli Chleb i wino – również przykładem swojego życia i swojego niedocenienia – nader jednoznacznie pokazuje wszelkie nieoczywiste „kolonializmy”. Tak klasycyzmu, jak i – romantyzmu, obu równie cynicznie, a przynajmniej jednostronnie „monetyzujących” całą starożytność, którą należało poprzez nowoczesność przezwyciężyć. Na co ostatecznie – w opinii Wiesława Rzońcy, wcale nie zdobył się Goethe, lecz Holderlin. Antyk taki więc jak u Goethego ma w sobie więcej towarzyskiego, społecznego, filozoficznego i ideologicznego „kolonializmu” niż czystej starożytności, która byłaby uczciwym terenem rozpoznawania realnych szans względem nowego, dziewiętnastowiecznego planu człowieczeństwa. Romantyzm w podobnym ujęciu obiera drogę na skróty: wybiera monomanię i antropocentryzm, bowiem każdy antropocentryzm romantycznie musi skończyć się glorią wytworzenia geniuszu oraz stworzenia „Edenu monomanów” (dla monomanów?). Klasycyzm to „kolonializm” także, jednak w przebraniu humanizmu. Holderlin zaś to już posthumanizm. I tylko posthumanizm daje rzeczywistą możliwość dekonstrukcji obu tych klasycystyczno-romantycznych postaw zorientowanych na pasożytowanie na śródziemnomorskim modelu kultury, a także – jego kapitalizowanie w jakże Norwidowskim duchu – redakcja jest redukcją, a sumienie jest sumieniem”. To Holderlin jest tym sumieniem: patronem odfałszowywania świadomości i hermeneutycznej podejrzliwości wobec tylko pozornie transparentnej struktury dzieła. Zaś „kolonializm” pojęty przez Rzońcę w jego dziele bardzo rozlegle, uniwersalnie, globalnie i prowokatywnie – to jedno z fundamentalnych pojęć jego humanistyki: „postkolonializm” wręcz jest w tym ujęciu szansą na nową lepszą historię literatury – sprowadzając rzecz do Holderlina: właśnie on, Friedrich Holderlin jest szansą na reformę i rewitalizację, rewizję i wszelką naprawczość w materii opowiadania literatury na nowo (w podobnym duchu wszak usiłował kiedyś uzdrawiać historię literatury Hans Robert Jauss).

W stosunkowo niedawnym czasie, omawiając ze studentami drugą część Fausta – niestety, niesprawiedliwie przez Rzońcę uproszczoną (ale do tego jeszcze powrócimy) – zetknąłem się z tekstem o wymownym tytule Why Goethe Needs German Studies and Why German Studies Need Goethe. Natychmiast pomyślałem o problemie analogicznym – dla Rzońcy z pewnością istotnym: Holderlin & German Studies, wszak jak czytamy u niego w tekście otwierającym książkę – napisał ją z powodów (nazwijmy je…) „dedykacyjnych” i pozostawała czy też miała pozostawać to forma wspaniałej odpowiedzi na życzenie jego niemieckich przyjaciół, studentów z czasu pięcioletniego lektoratu Rzońcy w Tybindze na przełomie wieków (i milleniów: 19992004). Tak naprawdę Rzońca występuje tu zatem w swojej najdojrzalszej i przełomowej dla własnej kariery (tak uważam) roli: jest Tłumaczem, Objaśniaczem, ale w sensie podwójnego nadania, podwójnego autorstwa kierowanego do dwóch grup adresatów, zasilających – bardzo komparatystycznie rzecz biorąc – dwie grupy językowe: polską i niemiecką. Tak, to sytuacja szczególna w polskim literaturoznawstwie. Adresatami, czytelnikami modelowymi książki Rzońcy są zarówno polscy, jak i niemieccy czytelnicy Holderlina, co daje niesłychaną, laboratoryjną subtelność, impresjonistyczność wręcz wszystkich jego eseistycznych rozważań, w recenzowanej pozycji scalających się w jedno. Ta książka bowiem najbardziej przypomina ową – najlepszą i najgłośniejszą – książkę Rzońcy, nieuznaną przez polskie literaturoznawstwo, jednak docenioną wszędzie indziej, na przykład u teatrologów, Norwid – Witkacy. Projekt komparatystyki dekonstrukcjonistycznej. Podejrzewam, że sytuacja z książką o Holderlinie będzie, niestety, podobna. To wielki i smutny dowód na to, że niewiele się zmieniliśmy w stosunku do 1998 roku. Monumentalny, swobodny, „wolnomyślicielski” esej Profesora najprawdopodobniej nie będzie mógł liczyć na docenienie ze strony polonistów, za to ujmie swoją wszechstronnością – tym razem – germanistów. To germaniści, nie poloniści, dostrzegą, że ta książka w formie eksperymentalnego, artystycznego laboratorium myśli i rozumowania może z powodzeniem stawać się narzędziem do samopoznania kultury, jeśli natomiast nie samopoznania – to przynajmniej samorozpoznania. Parafrazując Stendhala, znalazł się ktoś, kto pamięta zwierciadło, to mianowicie, jak ono wyglądało, zanim zostało pokruszone w tysiące dwudziestopierwszowiecznych, mikrofilologicznych, odłamków… Bo dla przykładu, ilu spośród nas pamięta, jak znakomicie Wiesław Rzońca posługuje się metaforą kreatywną w języku naukowym, kto z nas pamięta osobliwe, ale i jak przejmujące tytuły rozdziałów książki Norwid – Witkacy w typie Sonaty Belzebuba napisanej na fortepianie Szopena. Otóż mam dobrą wiadomość dla miłośników tego stylu i tej maniery – one w Holderlinie powracają! Choćby we fragmencie, w którym Rzońca pisze: Bezsilność i moc pozostają dwoma postaciami tej samej dynamicznej tożsamości”, „dawna ludzka dusza, by użyć potocznej formuły, »rozłazi się«”, z tego bierze się cały patos życia i nieśmiertelności, „żarliwa wiara jest nie do odróżnienia od aktu bluźnierstwa”. Wybitny badacz balansuje w swojej książce na granicy naukowego błędu anachronizmu, uprzedziwszy nas jednak, że wszystko to, co robi – ma mieć charakter uzdrawiający, propedeutyczny oraz pedagogiczno-naukowy czy raczej pedagogiczno- kreatywny. Błąd anachronizmu nie jest niczym innym jak próbą kolonialnego kontrolowania wiedzy przez jej dyktatorów. Jeżeli ktokolwiek opanował zaś podstawowe zasady retoryki i hermeneutyki, to nie powinien tu nazbyt się martwić, opanuje również pisanie bez anachronicznych wpadek, nawet przecież nadużywając, raz za razem, jak Rzońca, anachronicznych przykładów i kontekstów. Dobra metoda kontekstowa w literaturoznawstwie niekiedy powinna być anachroniczna, bowiem anachronizm dobrego rodzaju jest lekiem na anachronizm zły, taki chociażby, jak słynne faszystowskie czytanie Holderlina: podstawowy problem wskazywanego już tu Holderlin & German Studies: także w tej mierze Rzońca, czyli Polak, pozwala Niemcom Holderlina – o wiele lepiej – zrozumieć i byłoby doskonale, gdyby jego książka opublikowana w dobrym nakładzie Państwowego Instytutu Wydawniczego została również przetłumaczona na język niemiecki, choćby po to, by udostępnić ją przynajmniej w wielu Slavischen Instituten na terenie kraju. 

Jedna więc tylko uwaga, dotycząca drugiej części Fausta, tym bardziej, że Rzońca modeluje całe pojęcie faustyzmu, a także jego derywatów (m.in. ultrafaustyzmu), właśnie bazując na pierwszej części dramatu, którą dalece lepiej rozumie. Faust nie jest zwykłym, ograniczonym filantropem! To ogromne zubożenie jego ostatecznej sylwetki, jak myślę, razem ze spłyceniem istoty jego nawrócenia na świat w czwartym akcie drugiej części… Tymczasem wręcz przeciwnie, można by rzec, że ten „ostatni Faust, „ostatni z ostatnich”, „ostatni człowiek na Ziemi” – najbardziej przywodzi na myśl Holderlinowski postulat harmonische Entgegensetzung… Spójrzmy na scenę agonii mężczyzny w trakcie osuszania bagien. Po co je osusza, po co melioruje tereny wilgotne? Dla osobistej jedynie korzyści, jak podkreśla to Mefistofeles? Nie, gdyby tak było, Faust nie mówiłby o swoim Dziele: zgniła ziemia z trudem osuszona – oto zdobycz ostatnia! Oto dzieł korona!” – w oryginale w brzmieniu Das Letzte war das Hochsterrungene, tzn. „ostatnia rzecz byłaby największym osiągnięciem”. Jeżeli to das Hochsterrungene, nie ma mowy, ażeby była to zwykła filantropia – to dzieło pełnego i spełniającego się człowieka – Faust chce osuszyć wszystkie tereny wilgotne Ziemi, by przyspieszyć marzenie o wiecznym pokoju, albowiem dzięki wyraźnej granicy między wodą a lądami sprawniej – i skuteczniej! tak właśnie sobie wyobraża – będzie można prowadzić wojny i przyspieszyć wieczysty pokój… To bardzo Holderlinowskie, choć niebywale utopijne i może warto z tego zdać sprawę przy omawianiu owej skądinąd – prześwietnej książki.