Czy możesz pogrzebać to, co było?
Michał Strachowski
W antycznej grece funkcjonowały dwa określenia czasu: chronos i kairos. Pierwsze tyczyło tego, co przemijalne, następstwa zdarzeń, które porządkuje historia. Drugie zaś oznaczało właściwy lub krytyczny moment dla podjęcia decyzji mogącej odmienić bieg losu.
W opublikowanej niedawno po polsku powieści Jenny Erpenbeck – choć tytuł mógłby sugerować coś innego – przeplatają się obie perspektywy. Kairos przedstawia bowiem rozgrywającą się w końcówce istnienia NRD historię miłości Hansa, dojrzałego (jeszcze do niedawna powiedzielibyśmy „podstarzałego”) pisarza i wkraczającej dopiero w dorosłość Kathariny.
Na stronie wydawcy można przeczytać, że jest to „opowieść o władzy, złudzeniach i rozpadzie – nie tylko relacji dwojga ludzi, ale i świata, który ich otacza”. Istotnie, Erpenbeck przedstawia zmierzch epoki, lecz nie poprzestaje na tym – poszukuje formy dla „wschodnioniemieckiego mitu”. Rację należy zatem przyznać jednemu z recenzentów „The Guardian”, który stwierdzał: „Nierównowaga sił, śmierć idealizmu i narastająca paranoja, które charakteryzują ich relacje, stanowią geopolityczne studium w miniaturze”. Nie oznacza to, iż kunszt tej prozy polega na umiejętnym wykorzystaniu wątku romansowego – zresztą przenikliwie ukazującego rozwój struktur przemocy w niesymetrycznych relacjach – do zilustrowania wydarzeń politycznych. Idzie o rzecz niepomiernie ważniejszą: nadanie jednostkowemu doświadczeniu życia w konkretnym miejscu wymiaru uniwersalnego. Stąd też aluzje do kultury starożytnej, jak nazwa baru, w którym spotykają się główni bohaterowie, biorącego nazwę od mitycznego Ganimedesa, czy liczne odniesienia do niemieckiej literatury i muzyki. Ba! Do realizacji owego zadania posłużyły nawet cytaty z klasyków myśli komunistycznej czytanych przez Hansa Katharinie do snu, niespodziewanie objawiające swoją poetycką moc, jak w sentencji Marksa: „Tak ćma, gdy zajdzie dostępne każdemu słońce, szuka prywatnego światła lampy”.
Nic zatem zaskakującego, że dwójka głównych bohaterów co rusz wraca myślami do lat 1939—1945. Wszak można powiedzieć, że była to nasza wojna trojańska, która zrodziła współczesne europejskie mitologie. Dla pewnej części pokolenia Hansa oznaczała przesiedlenia z zamieszkiwanych przez stulecia ziem na tereny okupowanej Polski – w tym przypadku z Rygi do Poznania. Czasem się o tym zapomina, lecz nazistowska inżynieria społeczna obejmowała i „rasę panów”. Powojenne wypędzenia, paradoksalnie, wzmacniały tylko jej efekty. W niezniszczonej Getyndze, gdzie trafiła rodzina Hansa, można było stworzyć ochronny kokon przed historią, godząc sprzeczności: zapomnienie i resentyment. Niektórzy, jak główny bohater, wyzwolenia z owej współczesnej krainy Lotofagów upatrywali w ucieczce na Wschód: „Mając osiemnaście lat, chciał udowodnić sobie i ludzkości, że on postąpiłby inaczej niż ojciec. Ale czy rzeczywiście zachowałby się inaczej? Czy też może każdy człowiek jest tylko naczyniem, które czas napełnia tym, co mu akurat przyjdzie do głowy? Czy ktokolwiek miał władzę nad tym, kogo widział w lustrze? Czy też jednej bezsiły można się było pozbyć jedynie za sprawą innej? W każdym razie przyznanie się do winy wymaga powiedzenia Ja. Ale takiego Ja nie dawało się kupić w żadnym pasażu handlowym zachodniego świata”. Jak szybko się okazało, prawdziwe wyzwolenie było nieosiągalne. „U Anglików, Francuzów, Amerykanów hoduje się konsumentów, a w strefie radzieckiej spłaca się winy wojenne” – stwierdza Hans. Pozostawała diabelska alternatywa: albo zmilczenie, albo rozpamiętywanie.
Młodsza generacja, do której należy wychowana już w państwie wschodnioniemieckim Katharina, nie stawia pytań o zaangażowanie w zbrodniczy system, gdyż jest to oczywistością, ale o żywotność dziedzictwa europejskiego, a zwłaszcza grecko-rzymskiego, tak istotnego dla niemieckiej wyobraźni symbolicznej. Gdy bohaterka Erpenbeck dowiaduje się, że w trakcie budowania schronu przeciwlotniczego przy kolońskiej katedrze odnaleziono rzymskie mozaiki, nachodzi ją myśl o nieprzystawalności dawnego języka do nowych realiów: „Na górze wojna powietrzna, a pod tym wszystkim Dionizos, bóg wina i zabawy, podzielony na centymetrowe kawałeczki. Na górze płonie Colonia Agrippinensis, na dole nagi młodzieniec aż po wieczność goni za kobietami, je i się upija, gra muzyka, widać wspaniałą menażerię, a równoramienny krzyż z zagiętymi pod kątem prostym ramionami, który na powierzchni powiewał urzędowo w kolorach czarnym, białym i czerwonym, tu, w podziemiach historii miasta, jest tylko wzorem, motywem dekoracyjnym tworzącym ramy radosnej orgii”. Dionizos wychodzi jednak na powierzchnię – Katharina spotyka członków jego orszaku w lokalnym sex shopie: „Kto by pomyślał, że piekło wyłożone jest tanią wykładziną, zdeptaną i poplamioną, że potępieńcy, którzy po wieczność stoją przed regałami pełnymi kaset wideo, mają tylko plecy, że smycze, pejcze i kneble są tym, czego człowiek pragnie najgoręcej?”. Trudno o lepsze miejsce dla epifanii „rzymskiej formy”, a właściwie jej słabości, niźli Kolonia. I trudno o bardziej oczywisty wybór niż powrót Kathariny za limes. Niejasne jest też, po której stronie właściwie znajdują się barbarzyńcy i kiedy sforsują granicę. Wiadomo jedynie, że nie trzeba będzie długo czekać. Rychłą zmianę przeczuwa jeden z uczestników rozlewających się po NRD protestów, który w swojej odezwie oznajmia: „Stanowczo sprzeciwiamy się temu, żeby ucisk polityczno-biurokratyczny zastąpiony został wyzyskiem kapitalistycznym”. Historia potoczyła się inaczej: „podczas gdy na wykonywanych własnoręcznie transparentach na początku malowano jeszcze hasło: My jesteśmy narodem! […] coraz częściej pojawia się slogan: Jesteśmy jednym narodem!”. Katharina i jej rówieśnicy świadkują, a przynajmniej tak im się zdaje, zanikaniu tożsamości politycznej, towarzyszącemu ostatnim chwilom ich ojczyzny.
„Oddzielić uczucie od osoby i włożyć je pod mikroskop, na tym w istocie polegała sztuka w tym przeklętym dwudziestym wieku. Po całym tym zamęcie” – ubolewał Hans. Erpenbeck wybrała odmienną drogę. Pisana konsekwentnie w czasie teraźniejszym powieść pozwala odczuć „gęstnienie emocji” Hansa i Kathariny, dokonujące się w przełomowym momencie historii. Istotą tej prozy jest przekonanie, że „przeszłość wcale nie jest przeszłością”, a „polityka nie jest widoczna, dopóki nie wpływa na życie prywatne”, jak powiedziała pisarka w wywiadzie dla „The Wire”. W indywidualnych losach zawiera się bowiem los całej wspólnoty.
W pierwszym rozdziale autorka pisze: „Kairos, bóg szczęśliwej chwili, ma, jak powiadają, długi lok nad czołem, można go uchwycić jedynie za ten kosmyk. Ale gdy bóg zdąży przemknąć na swych uskrzydlonych stopach, pokazuje już tylko bezwłosy tył czaszki, błyszczy się ona i nie ma na niej nic, za co można by złapać”. Choć słowa te odnoszą się przede wszystkim do pary głównych bohaterów, dotyczą także czytelników. Każdy, kto jest gotowy „spróbować szczęścia”, ma szansę zrozumieć współczesne Niemcy, ich złożoną tożsamość, odmienny stosunek do kapitalizmu i komunistycznej przeszłości, a przede wszystkim drążący ten kraj wewnętrzny resentyment, który napędza skrajne ruchy polityczne we wschodnich landach. Polski odbiorca może też odnaleźć wiele punktów wspólnych z lokalną historią, jak dwuznaczny – bo oparty na często nieuświadomionej fascynacji przegranego zwycięzcą – stosunek do Rosji czy zduszenie pomysłów reformy systemu w duchu socjaldemokratycznym.
Należy żałować, że polska literatura nie doczekała się równie wnikliwej opowieści o transformacji ustrojowej. Niewykluczone, że jest już na to za późno, gdyż ci, którzy pamiętają jeszcze PRL, zbyt ochoczo zajmowali się opiewaniem lub krytykowaniem nowej rzeczywistości. Może dzisiejsi czterdziesto- i trzydziestolatkowie zdołają opisać świat swojego dzieciństwa, który pod wieloma względami stanowił kontynuację poprzedniej epoki. Kto wie, może uda się im uniknąć pułapek podwójnej nostalgii za dzieciństwem i odchodzącym światem? W końcu rocznikom osiemdziesiątym i dziewięćdziesiątym zawdzięczamy docenienie PRL-owskiego wzornictwa i architektury. A może temat komunistycznej przeszłości wróci po dekadach zapomnienia i dostrzeżemy, że tam właśnie tkwią nasze korzenie. Wszystko zależy od tego, czy będziemy na tyle zwinni, aby schwycić za pukiel włosów boga szczęśliwej chwili.