Miłobędzkiej wiersz z patyków
Tomasz Mizerkiewicz
Ukazał się tom wierszy więcej nic zmarłej przed kilkoma miesiącami Krystyny Miłobędzkiej. To zbiór od dawna przez nią zapowiadany jako ostatni, a zarazem na mocy decyzji poetki wydany dopiero po jej odejściu. Nie jest to zatem książka złożona z materiałów znalezionych w papierach po poetce, jak to zwykle bywa, lecz przypadek dużo rzadszy, czyli zamierzony pośmiertny dialog Miłobędzkiej z czytającymi.
Z pewnością nie jest też przypadkiem miejsce publikacji, czyli Wydawnictwo Wolno z podpoznańskiego Lusowa, gdzie przyjaciel Miłobędzkiej, Jarosław Borowiec, wydawał już wcześniej jej książki. Niewykluczone, że autorka uzgadniała szatę graficzną, gdyż strona wizualna była dla niej zawsze ważna w jej książkach i z reguły o niej współdecydowała. Otrzymaliśmy w efekcie zbiór wspaniały edytorsko, jak wiele innych dzieł opracowywanych wcześniej przez Borowca, który jako wydawca należy do grona kilku osób wyznaczających najwyższy poziom sztuki książki poetyckiej w naszym kraju. Kruche patyki, kawałki gałązek na okładkach i na wklejkach między częściami tomiku urozmaicają publikację, podobnie jak dwie pieczołowicie przygotowane wkładki ze zdjęciem poetki i jej wierszami. Gałązki zostawiają każdorazowo sporo wolnego miejsca na kartce, przestrzeń dla domysłów i medytacji czytających. Można przeto przypomnieć ulubioną opowieść Miłobędzkiej o tym, jak Tymoteusz Karpowicz spotkał podczas podróży po Chinach niepiśmiennego poetę układającego z patyków swoje wiersze, gdyż pisanie, ale i w ogóle słowa, nie były dla niego niezbędne do wypowiedzenia naszych związków ze światem.
Wspominam o tym, gdyż wraz z tą anegdotą i patyczkami na wklejkach graficznych wchodzimy w sam środek skomplikowania koncepcyjnego zbioru więcej nic. Byłoby po części prawdą, co piszą dotychczasowi recenzenci, że jest to książka późna, w której ze zrozumiałych powodów pojawia się dużo mortualności, myśli o bliskich już nieobecnych, są łzy i wracające napomknienia o nicości. Poetka jednak w wywiadach z ostatniej dekady trochę osłabiała znaczenie tego kontekstu i podkreślała, że przeplot życia i śmierci był w jej poezji nieustannie obecny. Książkę otwiera zresztą nieoczekiwana deklaracja nowego początku: „zacznij stąd raz jeszcze”. Wydaje się zatem, że ta przez lata przygotowywana publikacja w zwięzły i dobitny sposób konfrontuje nas po raz ostatni z paradoksami tej liryki. Ów inicjalny wiersz kończy propozycja: „zacznij od niechcenia”. Pobrzmiewa tutaj drogie poetce taoistyczne „niedziałanie” połączone z poczuciem, że za każdym razem zaczyna od początku, dopiero się uczy pisać. Dlatego planowała kiedyś wydać książkę zatytułowaną prowokacyjnie Zero.
Tytułowe więcej nic stanowi sygnał decyzji autorskiej, by tak wyglądał finał jej drogi poetyckiej, by jakieś inne zapisy znalezione ewentualnie w papierach nie były żadnym „więcej” jej pisania, gdyż ona sama je zdecydowanym gestem dookreśliła. Równie dobrze można w tym tytule dostrzec rodzaj pożegnania i odczuć żałobne nastrojenie. Poza tym jednak w tomiku przykuwa uwagę typowa dla Miłobędzkiej gra, nawet zabawa, tytułowymi słowami. Znajdujemy wiersz o treści:
nic więcej
więcej
więcej nic,
gdzie nicość i poczucie nadmiaru
wymieniają się jakby jakościami.
Wreszcie trafiamy na liryk, gdzie mówiąca prosi (siebie?):
nie świeć siedź po ciemku
wtedy jeszcze jest nadzieja
dla innych zmysłów
i nie mów błagam nic.
Nagle owo „nic” okazuje się nie śmiercią, lecz krytycznym określeniem każdej mowy jako przesłaniającej różne obecności dostępne dzięki ciemności i milczeniu. Co więcej, pojawia się związana z nimi nadzieja, szansa na spotkanie z owymi stanami realności. To koronny motyw wielu znanych wcześniej autokomentarzy poetki, gdyż zdumiewała ją dynamika pisania istniejącego dzięki chwilom oczywistej konieczności zapisów, o czym teraz powiada: „te pewne siebie te od razu całe te w ciemno mówione”. Dlatego nawet poskracane, oczyszczone z wszystkiego, co zbędne, zapisy rodzą wrażenie nadmiaru, owego męczącego i ponoszącego piszącą „więcej”, stąd jej samokrytyczna uwaga: „po co ci tyle słów / co chcesz nimi zdobić”.
Tym samym okazuje się, że poetka chciała „więcej niczego”, czyli więcej rodzącego poezję bezsłownego w wierszach, o czym wprost mówi: „trzeba mi niezapisanego / samego głosu”. Ten sam kategoryczny imperatyw kieruje w stronę swojego „ja”, gdyż już w początkowym wierszu o zaczynaniu od niechcenia zaznacza stanowczo, że ma zacząć „nie od siebie”. Wielkim szczęściem jej poezji bywały chwile, gdy pisząca miała poczucie trafności zapisu, wtedy znika pretensja do siebie, do słów, dominuje silne przeświadczenie wypowiedzenia naszych związków ze światem. Poetka czuła się wtedy jak w światotwórczych dziecięcych wyliczankach, których echa co rusz wracają w tomiku. Kilka lat temu zwierzyła się Borowcowi w rozmowie, że przygotowywanym do ostatniej książki trafnym ujęciem jej życia i spodziewanego odejścia jest sześciowyrazowy zapis: „wiatr którym żyłam / piasek po odejściu”. Materialności życia poetki mają być dla nas i żałobną resztką, i kompletną obecnością świata ujawniającego się, gdy podchodzimy doń – zgodnie z ostatnią prośbą poetki – „od niechcenia”.
Coś jednak musiało stać się jeszcze w pisaniu Miłobędzkiej w ciągu ubiegłych kilku lat, gdyż ów celny zapis umieszczony został na miejscu przedostatnim, najwyraźniej przebił go swoją lakoniczną trafnością zapis ostatni: „żeby beze mnie / żeby samo jest”. Nieobecność wspaniałej, odeszłej już poetki ma spotęgować nasze wyczulenie na spotkania jej poezji z niemal bezsłownym „jest” pozajednostkowego świata. Jej ostatnia książka stanowi przeto bezkompromisowe wezwanie, byśmy nigdy nie ustali w próbach odczytania tego, co zapisała także… za pomocą patyków i gałązek.