Jak w półśnie
Michał Strachowski
W przypadku pisarstwa Wolfganga Hilbiga nie sposób jednak od niego uciec. Nie z powodu zagmatwania, lecz plastyczności jego języka, a mówiąc dosadniej – mięsistości. Kiedyś o prozie autora powiedziano by, że jest bliska „nagiej prawdy życia”.
Stąd też tyle w twórczości Hilbiga autobiografizmu, a raczej autofikcjonalności. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z kolejną nużącą introspekcją, wręcz przeciwnie – pisarz rozpoznaje w swoim doświadczeniu „niemiecki los”. Znaleźć można tutaj zatem i wspólną pamięć o nazistowskich zbrodniach (Strach przed Beethovenem), i – ciągle nieprzezwyciężone – poczucie odmienności Ossich i Wessich (Jedenasta teza o Feuerbachu); wspomnienie o wschodnioeuropejskiej emigracji z początku wieku, jak też osierocenie przez wojnę całego pokolenia (Kiedy zabrakło burz) i wreszcie odczłowieczającą pracę w systemie komunistycznym (Wspomnienia). „Może zawsze szedł przez świat w innych postaciach… tylko zapomniał o tym, a on sam od tamtych niepowtarzalnych dni popadł w zapomnienie” – pisze Hilbig o swoim bohaterze w Zielonym zielonym grobie. Właściwie należałoby powiedzieć, że nie tyle zmienia tożsamości, ile je porzuca, aby nie zakrzepły w żadnym konkretnym kształcie.
Myliłby się ten, kto chciałby tutaj widzieć jedynie swoiste auto-da-fé pisarza, w którym przyznaje się, że rozsmakował się w literackich grach. Przeciwnie, z On, nie ja można się dowiedzieć, że była to reakcja obronna: „Od wczesnej młodości dokładał wszelkich starań, by zaprojektować akceptowalną dla siebie i postrzegalną przez innych postać; […] zawsze potrafił się oprzeć panującej rzeczywistości, która wyczuwalnie rządzi wszystkimi sferami życia. Od małego przekonywał się, że samo używanie słówka »ja« jest odbierane jako czynność subwersywna. Niemniej jednak może charakterystyczna dla niego uległość – dążenie do natychmiastowego rozwiewania […] podejrzeń – była z kolei uważana za przejaw silnego, choć czającego się w ukryciu oporu. Dlatego zaczął od utrwalania własnego obrazu tylko pisemnie i jedynie dla siebie, i to w krótkim czasie, w najróżniejszych formach, co szybko stało się wręcz obsesyjną potrzebą”. Niezależnie od strony granicy, ba, nawet gdy ta przestała istnieć, bohaterowie opowiadań, jak i sam autor odczuwali nieustanną potrzebę automistyfikacji, gdyż nigdy nie czuli się u siebie. Zawsze jest się podejrzanym, tak w świecie zniewolonym, jak i wolnym – zdaje się mówić Hilbig.
Z konieczności zatem gęstnieć musi sam „poszarpany język”, aby nie stał się murem oddzielającym od świata. W innym miejscu On, nie ja można bowiem przeczytać: „Tak, właściwie zawsze wydawało mu się zastanawiające, jak można było się zgadzać tylko co do interpretacji znaków, nie potrafił pojąć, jak można było wierzyć w poznawanie rzeczy świata na podstawie znaków. Sygnifikantne nie są znaki, twierdził, sygnifikantna jest jedynie kapitulacja epistemologów. Bzdurna gadanina znaków to Hollywood filozofii, splot znaków do odczytania zawsze wydawał mu się jedynie niedbałą cienką warstwą maskującą, struktury pod tą tkanką nie miały jednak podstawy, były nietrwałe i nie dawały się opisać jak milczenie… milczenie, w którym można usłyszeć grzmiący śmiech Baudelaire’a. To, co nieme w języku, nie potrzebuje bowiem mowy: to my jej potrzebujemy… ale w żadnym języku nie ma znaku na określenie tego, co on zakrywa, nie pozostaje nam zatem nic innego, jak obserwować zachowanie żyjących”.
Hilbig umiejętnie przy tym unika taniego demaskatorstwa i mielizn relatywizmu. W istocie pozostaje fatalistą, jak wielu z tych, którzy utrzymywali się z pracy własnych rąk. Wszak to im objawiały się z całą brutalnością niezmienne reguły życia, jak można przeczytać we Wspomnieniach: „Prawie żaden z nich tak naprawdę nie wiedział, skąd kiedyś przybył, i nikt się nad tym nie zastanawiał. A tym bardziej nie wiedzieli, dokąd zmierzają. I nie pytali, kto ma kontynuować życie i dzieło, w którym mieli udział; o to nigdy nie pytali. O tym z dawien dawna decydowali inni. Ci inni byli do tego przeznaczeni na mocy swego pochodzenia…”. Wywodzący się z klasy robotniczej twórca dobrze wiedział, że możliwość „skierowania wzroku do środka” jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić jedynie arystokraci – nieważne, krwi czy legitymacji. Reszcie zostaje podążanie dawno wytyczonymi ścieżkami: „Możliwe, że kierowało nimi jakieś stare mroczne bóstwo, bóstwo podziemne. Zmienił ich czarny bóg z nieskończonych przeszłości; zmienił ich ciała i głowy, ich serca, ich języki i narządy rozrodcze, zmienił krew w ich żyłach i ta płynęła w nich wolniej, wyraźnie ciemniejsza, jakby wszyscy pochodzili od tego mrocznego bóstwa, którego już nie pamiętali”.
Istnieje jednak droga wyjścia, a może raczej chwilowego wytchnienia. Jest nią sztuka, będąca niczym półsen, naturalne środowisko poezji, gdzie wszystko jest wątpliwe, a przez to paradoksalnie możliwe. Współcześnie, w świecie spersonalizowanych algorytmów, szczególnie dobrze zdajemy sobie z tego sprawę – dopiero w kolejnych kreacjach możemy odnaleźć schronienie, a czasami nawet i samych siebie.